Lot nad kukułczym gniazdem

KYpktkpTURBXy80YTAxNDIxMWZiNTBmZjVjMDYyM2E5NWMyZGNiZDVjNy5qcGeSlQLNAmwAwsOVAgDNAljCww.jpg

Wyobraźcie sobie taką sytuację: Spędzacie cały dzień na ważnych lub mniej ważnych spotkaniach, negocjujecie warunki kontraktu na skalę globalną, przygotowujecie 5 raportów i 3 prezentacje na zarząd, w międzyczasie wypijacie 5 kaw, ponieważ na lunch nie ma zbytnio czasu. Wychodzicie w końcu z biura i jedyne, o czym marzycie to to, aby spokojnie wrócić do domu i przy kubku gorącej herbaty spędzić resztę wieczoru wraz ze swoją ukochaną żoną/mężem oraz dziećmi. Sprawa niby prosta ale marzenia, najczęściej nieco różnią się od rzeczywistości, więc kiedy tylko wsiadacie do samochodu, okazuje się, że wyskakuje kontrolka silnika, która w wolnym tłumaczeniu nakazuje Wam od razu udać się do stacji serwisowej, a najlepiej wyłączyć silnik i wezwać assistance. Skacze Wam ciśnienie, ale nie panikujecie, nauczeni doświadczeniem obsługi sprzętu IT, pierwszą instrukcją helpdesku jest zawsze wyłączenie i ponowne włączenie użądzenia….ufff… zadziałało. Kontrolka przestała się świecić, przynajmniej na razie, choć już wiemy, że wizyta w serwisie nas nie ominie. Ale dobrze, że nie dziś… teraz tylko dojechać do domu, jest późno, więc korków być nie powinno… Niestety „być nie powinno”, nie jest równoznaczne, z tym, że nie będzie…. bo właśnie zupełnym przypadkiem padły światła na skrzyżowaniu postępu z marynarską i ciężko jest już wyjechać z garażu. Kolejne 10 minut mija nam pod biurem w miłej atmosferze rzucania „Baranów”, „Debili”, a także nieco cięższych zwrotów w kierunku pozostałych uczestników ruchu. Po 15 minutach jest już Wam wszystko jedno, podkręcacie głośniej muzykę i delektujecie się dźwiękami sączącymi się z głośników samochodowego radia. Wszystko było by ok, gdyby nie nagły telefon od Waszej drugiej połówki z pytaniem: „Gdzie jesteś?!?!, przecież miałeś już być….. mogłeś wyjść wcześniej….., itd.”. W końcu udaje Ci się przebić przez główne arterie miasta i dojechać do miejsca zamieszkania. Myślicie sobie… na reszcie… otwieracie drzwi i…. czujecie się niczym Randle McMurphy z filmu Lot nad kukułczym gniazdem. Kątem oka łapiecie, że telewizor, którego nikt nie ogląda ustawiony jest na mini mini i własnie Kot Prot startuje swoim kotoprotomobilem w nieznane. Z wieży ostro atakują Cię dźwięki „ruda tańczy jak szalona”, na środku pokoju stoi włączony odkurzacz, który obsługiwany jest przez młodego, córka rysuje na stoliku, nie, nie na kartce, dobrze napisałem, na stoliku… a na kanapie znajduje się zoo z ciastoliny. Żona w tym czasie spokojnie dopija herbatkę stojąc za kontuarem w kuchni, wydając krótkie instrukcje do obecnych. Jako nowo przybyły pacjent naszego małego oddziału zamkniętego, z początku staracie się zawalczyć o odrobinę spokoju i szybko podejmujecie określone działania. Niestety wyłączenie telewizora nie przynosi pożądanych rezultatów, skutkuje wywołaniem agresji u starszej i płaczem młodego, bo przecież oni to oglądają! Szybko szukacie ratunku u żony, lecz go nie odnajdujecie, to już nie jest Wasza żona, to siostra Mildred, która szybko przywołuje Was do porządku, aby zająć się dziećmi, a nie wprowadzać zamęt. Jeszcze tylko chwilę staracie się zapanować nad towarzystwem, po czym spokojnie dołączacie do nich, nie próbując ingerować w pewnego rodzaju status-quo, czyli plastelinę na kanapie, czy malowanie po podłodze, w końcu wszystko przecież można posprzątać, a po co, po takim dniu narażać się na dodatkowe płacze i lamenty. Powoli wieczór dobiega końca, jeszcze tylko odrobina nerwów przy kolacji i kąpieli, i w końcu możemy udać się na zasłużony odpoczynek. Tak…. to był wyjątkowo ciężki dzień dla każdego z nas.

Korpotata dla Głos Mordoru

Reklamy

Halloween, czyli naprawdę straszny długi weekend

Halloween, czyli naprawdę straszny długi weekend

Zapewne każdy z korporodziców wie, ile znaczy dla nas długi weekend. No dobrze, nie dla wszystkich. Są tacy, którzy zdecydowanie wolą być w pracy, a nie w domu. Tym razem jednak, wyjątkowo, przyjrzyjmy się takim, którzy cenią sobie domowe ognisko i czas spędzony z rodziną. Idealną okazją, by spędzić chwile z bliskimi jest oczywiście długi weekend. Każdy na niego czeka, bo wie, że będzie to kilka dni bez komputera, biurka, 8 kaw i Pana Kanapki. No dobrze,  Pan Kanapka ma swoje zalety.

W tym roku ukochane święto mordoru, czyli Halloween, przypadło w poniedziałek.

Biorąc jeden dzień urlopu, właśnie w ów poniedziałek, zyskujemy aż 4 dni wolnego!

Całą rodzinę ogarnęła wielka radość, kupiono dynie, zaplanowano posiłki, długie spacery, zaległe kupno obuwia zimowego i w ogóle same przyjemności… może nawet Ikea, to było by ukoronowanie tego cudownego czasu…!

Wszystko szło swoim torem. Podniecenie ze zbliżającego się weekendu rosło, nawet ja, zaplanowałem wieczór z kolegami przy piwie, aby w końcu odświeżyć trochę kontakty poza rodzinno-zawodowe. Kiedy tak snułem sobie wieczorne plany, podczas standardowej wizyty u lekarza, młody, nagle zaczął robić się zielony, po czym wyrzucił z siebie strumień cieczy otworem gębowym. Cóż, pomyślałem, wypierając oczywistą diagnozę, czasem tak się zdarza, nie ma co panikować, pewnie zrobiło mu się gorąco, po wejściu do przychodni. Choć podświadomie, od razu wiedziałem co się dzieje, przecież nie raz to przerabialiśmy… rotawirus. Powrót do domu odbył się w niezwykle mdłej atmosferze ale się udało, nawet bez szkód w tapicerce pojazdu, co dla faceta jest niezmiernie ważne!

Oczywistym od razu był podział obowiązków, czyli kiedy nasze pociechy mają rota, śpią ze mną, wywnętrzając się trochę na mnie, trochę na łóżko, cóż normalka… Momentalnie pojawiła się kolejna wizja, skoro on już dostał, to kto będzie następny…? po czym, prawdziwie straszna myśl, oby nie dorwało nas razem, mnie i małżonki, w tym samym czasie… minął piątek, połowa soboty i… coś zaczynamy się źle czuć, ja i żona… nie, to nie może być prawda, na pewno to tylko kwestia frytek, są ciężkostrawne, więc na pewno, nie jest to, to, o czym myślimy, a czego nazwy się nie wymawia.. Powiem Wam tak, noc była trochę zabawna, a trochę straszna, jak na Halloween przystało, bo rzadko odbywamy taką walkę o łazienkę, w zakręty wchodziłem tak, że nawet Kubica byłby ze mnie dumny. Noc minęła dość szybko, ale nie ona była najstraszniejsza, najstraszniejsza była wizja dnia następnego, bo w nocy, dzieci śpią… a w dzień…. nie. Chcecie mieć naprawdę straszne Halloween, spróbujcie opiekować się dwójką dzieciaków z 38 stopniową gorączką, to jest dopiero koszmar. Ale udało się, przeżyliśmy, dzieciaki również.. ale nie był to koniec naszej przygody, ponieważ w poniedziałek, rota upomniał się o ostatnią zdrową osobę, czyli młodą… Później, to już z górki, odkażanie całego domu, tony prania, prasowania, domestosu, itd… aż przyszła środa i po 5 dniach błogiego lenistwa, można spokojnie wrócić do korpo i atakowania targetów! Na koniec pytanie, czy można sobie wymarzyć bardziej straszne Halloween? Owszem można, dobrze, że mnie i żonę, dorwało w nocy, a co by było, gdyby dorwało nas rano? 😉

Korpotata dla Głos Mordoru

Zamiana ról

cropped-tc582o1.jpg

Przez 3 tygodnie miałem okazję poczuć się, jak Pan na włościach, przynajmniej tak mi się wydawało, lub raczej, jak korpomama na codzień. Okoliczności przyrody sprawiły, że zostałem sam, z dzieckiem i nie było to na zasadzie wzięcia urlopu, a regularna praca plus codzienna opieka. Opcję z urlopem, już przerabiałem i owszem jest ciężka, ale to nic w porównaniu z zestawem powiększonym, czyli praca + opieka nad dzieckiem i ogarnięcie domu. To co wielu z nas, facetom, wydaje się, niczym odpoczynek, lub wręcz relaks.. dopiero teraz, pomimo faktu, że nie jestem ojcem z typu, „po pracy jestem zmęczony, więc mam siłę jedynie na gazetę i TV, a w weekend mam swoje zajęcia, bo trzeba odpocząć” i naprawdę staram się angażować w obowiązki domowe, to dostrzegłem w końcu, pewną niepodważalną prawdę. Co innego dostać listę zadań do zrobienia i je wykonać, nawet po pracy, a zupełnie co innego, kiedy tę listę trzeba samemu przygotować i do tego to wszystko ogarnąć i to nie w sytuacji, kiedy siedzimy na urlopie lub L4 w domu, lecz normalnej pełnowymiarowej pracy, to naprawdę ciężkie wyzwanie. Od rana, a własciwie od nocy, bo wciąż mamy na głowie nocne pobudki, jesteś skazany na siebie. O tyle dobrze, że nie doszło do tego przeziębienie, bo wtedy to już zupełnie mało ciekawa perspektywa. Kiedy już uda Ci się dospać do rana, choć rano jest pojęciem względnym, ponieważ dla młodego rano jest zazwyczaj wcześniej, niż moje rano, przychodzi moment, kiedy lądujemy razem w łóżku i staram się złapać jeszcze kilka minut drzemki. Oczywiście jeśli ktoś potrafi spać z palcami w nosie, uszach i przy otwieranych siłą powiekach, to da radę, inaczej, może być ciężko. Dalej ubieranie młodego i siebie, oczywiście trzeba mieć co na siebie i młodego włożyć, więc pranie jest mocno pożądane. Mycie, młodego i siebie…. tak już teraz wiem, jak to jest robić „wszystko” z dzieckiem, spiesząc się do pracy. Do tego trzeba zaplanować młodemu posiłki na cały dzień i nie mówię tu o menu w stylu 1 tydzień – parkówki, 2 tydzień – jajecznica, 3 tydzień – naleśniki, choć mi oczywiście 3 tygodniowa dieta by nie zaszkodziła. Aby te posiłki przygotować trzeba jednak mieć coś w lodówce, więc zakupy również należy wykonać. Popołudnie to już bajka, spacerki, place zabaw, jeszcze trochę zakupów, kolacja, kąpanie, usypianie, sprzątanie i cały wieczór dla siebie, czyli jakieś 30 minut na mycie i golenie.

Na szczęście się udało, żyję i mam się dobrze, ale tak naprawdę, co mi to dało? Zawsze doceniałem żonę i zawsze powtarzam, że wychowywanie dzieci, to ciężka praca. Teraz jednak, zaczynam doceniać ją podwójnie lub nawet potrójnie i chylę czoła przed nią, za wszystko, co robi na co dzień. Wiem też, że przyjście do pracy, po weekendzie, można potraktować, jako odpoczynek, a i motywacja do pracy znacznie się zwiększa. Rozumiem, że obowiązki to nie tylko praca i opieka nad dzieckiem w postaci spaceru na plac zabaw. Trzeba jeszcze tego małego człowieka, nakarmić, ubrać, dzięki czemu nauczyłem się, jak obsługiwać kuchenkę i pralkę! To bardzo pomocna wiedza. W sumie, tego wszystkiego można się nauczyć, ale to co, było najważniejsze, to czas spędzony we dwójkę. Miałem okazję naprawdę aktywnie zająć się młodym. W końcu, byliśmy zdani tylko na siebie i mogliśmy robić to co chcemy, kiedy chcemy, bez dodatkowych komentarzy. To ja podejmowałem decyzje i brałem za nie odpowiedzialność, co zaprocentowało w postaci najczystszej, kiedy młody budzi się w nocy, woła: „tata”, a nie „mama”. 🙂

Korpotata dla Głos Mordoru

Strategia: „Jakoś to będzie”

business-idea-1240825_1920

Zapewne wielu z Was zna motto międzynarodowych firm: „Avis – we try harder”, „Nokia – connecting people”, a co jeśli owym mottem jest: „Jakoś to będzie?”. Coraz częściej spotykam się z sytuacją, gdzie pod płaszczykiem międzynarodowej organizacji, działającej na wszystkich kontynentach, kryją się managerowie, którzy w ogóle nie potrafią zarządzać ryzykiem lub ich zarządzanie opiera się jedynie na jednej strategii – zostaw to, z czasem samo się rozwiąże. Takie firmy, wyznają strategię „Jakoś to będzie”. Co gorsza, managerowie, w randze SVP, managing director, etc., nie potrafią podjąć najprostszych decyzji np. W postaci obniżenia marży o 1%. Brzmi znajomo? Tak, to jest właśnie rzeczywistość, która bardzo kłóci się z tym, co wykładane jest na uniwersytetach. Chodzimy na zajęcia, wkładają nam do głów piekne historie, uczą zarządzania, ekonomii, marketingu, tylko po co? Skoro w rzeczywistości i tak wszystko na nic? Pomyślcie teraz o jeszcze jednej fajnej sytuacji, firma w końcu po wielu latach postanawia spożytkować fakt, że jest globalna i triumfalnie ogłasza, będziemy innowacyjni i teraz zaczniemy podpisywać globalne umowy. Wow, co za odkrycie i innowacyjność, dzięki temu odkryciu kilku wysokich rangą managerów awansuje na jeszcze wyższe pozycje w organizacji, wszak skoro teraz już nie jesteśmy patchworkiem, gdzie każdy kraj działa sobie i wpadliśmy na genialny pomysł współpracy na poziomie globalnym (po kilkudziesięciu latach na rynku) to trzeba nagrodzić siebie i dać sobie fajniejsze tytuły. Skoro już jesteśmy globalni, to podpiszmy globalne kontrakty! W końcu udaje się, trafia się pierwszy globalny kontrakt, kolejny sukces, kolejne awanse ale… zaraz…. coś tu jednak nie pasuje, bo tak jakby nikt nie pomyślał, jak to będzie działało lokalnie, choć nie, przecież pomyślał, bo mamy naszą strategię „jakoś to będzie”. Na pewno, jak już przyjdzie kolej Polski to uda nam się coś wymyślić…

Niestety pech chciał, że ta „cholerna” Polska idzie w pierwszej kolejności i zaczyna się odbijanie piłeczki. Żaden z tych cudownych managerów nie pomyślał o czymś takim, jak zarządzanie ryzykiem w projekcie i…. nagle znaleźli się w czarnej…. dziurze, bo nie tak to miało być. Oczywiście są metody zarządzania kryzysowego ale ponownie to nie jest ich mocną stroną, więc zaczyna się ping pong, kto podejmie decyzję. Oczywiście, nikt tej decyzji podjąć nie chce, nikt nie chce wziąć na siebie odpowiedzialności, co więcej, nie skonsulotwali lokalnie cen, więc jak wielu z Was może się domyślić, są one pod wodą. Cóż za dziwny zbieg okoliczności, jak to możliwe? Pomimo tego, że w kontrakcie globalnym zawarto pricing dla naszego cudownego kraju, bez konsultacji, to teraz ktoś musi jeszcze to zaakceptować, a nie bardzo jest komu… cóż, to takie…. normalne. Czasem mam wrażenie, że na studiach nikt nie powinien pokazywać studentom, jak to powinno wyglądać według pierwotnych założeń. Zamiast tego powinny zostać otwarte ćwiczenia w stylu „lokalne łatanie dziur w globalnym zarządzaniu”, „Jak w praktyce wygląda zarządzanie strategiczne”, „Strategia ‚jakoś to będzie’, jako najczęściej wykorzystywana strategia w korporacjach”. Niestety chciałbym, aby opisana powyżej sytuacja dotyczyła jedynie jednej z firm, które znam ale…. wiem z doświadczenia, że tak nie jest. To całkiem normalne postępowanie i w zasadzie przykre jest to, że dotyka nas to z każdej strony, zarówno, jako klientów danej organizacji, jak również, jako pracowników takiej organizacji. Bylejakość króluje w każdym obszarze i spotkasz ją w każdym miejscu, niezależnie od miejsca.. siedzenia..

Urlop we dwoje

hotel-room-1261900_1920

Lato, to doskonały czas na urlop ale na taki odrobinę inny urlop, podczas którego naprawdę odpoczniecie, choćby trwał tylko 2 dni. Raz na jakiś czas, ów czas oczywiście zależy od możliwości, które w naszym przypadku są mocno ograniczone i wynoszą raz na 3 lata, rodzice powinni, a wręcz muszą, wyrwać się i spędzić trochę czasu jedynie we dwójkę, bez dzieci! Tak, wyobraźcie sobie, że rodzice, nawet Ci „korpo” potrzebują spędzić trochę czasu, sami, bez kupek, zupek, popołudniowych drzemek, pobudek w środku nocy, tak zwyczajnie, jak to dorośli bez dzieci robią. Oczywiście nie jest to sprawa prosta i wymaga odpowiedniego przygotowania, głównym elementem, bez którego takie przedsięwzięcie raczej nie może się obejść to dziadkowie. Z tym elementem oczywiście zazwyczaj jest najwięcej problemów, ponieważ nie wszyscy mają oboje dziadków, nie wszystkich dziadkowie garną się do opieki nad wnukami, nie wszyscy mają dziadków na miejscu. Ci, którzy mają dziadków, którzy garną się do opieki i są na miejscu, niech ich całują po stopach, bo to dobro rzadkie! Najczęściej trudno, aby wszystkie zmienne się spotkały. Czasem jest również tak, że zwyczajnie nie znosimy dziadków, z różnych powodów, czasem nie podobają nam się ich metody wychowawcze ale musimy pamiętać o jednym, dziadkowie są od rozpieszczania i możemy się wściekać, że nie słuchają naszych wytycznych, na pewno będą o nasze dzieci dbali, choć po powrocie możemy zastać zgraję rozkapryszonych bachorów w miejsce naszych kochanych, grzecznych i ułożonych milusińskich. Więc jeśli chcecie, a uwierzcie mi, że chcecie, wyjechać na chwilę we dwoje, pogódźcie się z tym. Kiedy w końcu przełkniecie gorzką pigułkę w postaci dziadków, pozostaje wybór miejsca. Jeśli jest to Wasza pierwsza wycieczka tego typu, to nie polecam zbyt odległych miejsc, bo nigdy nie wiadomo, co się stanie, czy mały Franio nie dostanie kataru i babcia nie wpadnie w histerię, każąc Wam od razu wracać, bo trzeba jechać do szpitala. Czasem w rolę naczelnego panikarza, może oczywiście wcielić się Wasza małżonka, więc jeśli chcecie mieć względny spokój wybierzcie miejsce w odległości 1-2h jazdy samochodem, a w skrajnych przypadkach, hotel na mieście, aby tylko wyrwać się na chwilę z domu. Kolejnym bardzo ważnym elementem składowym tej układanki jest możliwość anulowania rezerwacji, dlaczego? Przecież dobrze wiecie, że dzieci chorują… zawsze, kiedy planujecie coś ważnego, lub kiedy planujecie coś dla siebie. To złota zasada, która sprawdza się w 99% przypadków, więc jeśli możecie, przed samym wyjazdem ładujcie w dzieciaki sterydy, nie puszczajcie ich do przedszkola, szkoły, tudzież żłobka, nurofen niech wcinają na śniadanie, a witaminę C na kolację. Do tego na wszelki wypadek zakładajcie im czapkę i szalik podczas spacerów, unikając innych dzieci i dorosłych. Odrobina izolacji jeszcze nigdy nikomu nie zaszkodziła… w sumie, to po co w ogóle wychodzić z domu.

Kiedy już udało Wam się doczekać wyjazdu, pozwólcie swojej małżonce na spakowanie wszystkiego, czego tylko zapragnie, to nie jest dobry moment do kłótni o zbyt duży bagaż, na pewno tego nie pożałujecie. Weekend we dwoje, to nie jedynie uwolnienie się od swoich dzieci i chwila bez wspomnianych powyżej kupek i zupek, to powrót do przeszłości. W końcu znów możecie pobyć, rozmawiać, pić, tańczyć, spacerować, iść do kina i to wszystko tylko we dwójkę. Nie musicie martwić się o poranne wstawanie, o zbyt głośne zachowanie w nocy ;), o kaca, w tym jedynym przypadku, nie jest on waszym wrogiem, a dobrym wspomnieniem po miło spędzonym czasie. Takie chwile we dwoje pozwalają nam na budowanie porozumienia na płaszczyźnie mąż-żona, lub kobieta-mężczyzna, w zależności od Waszego stanu cywilnego, wszak ważne jest, aby Wasza partnerka/partner, w dalszym ciągu pozostał kimś ważnym, a nie jedynie współkredytobiorcą/współlokatorem, dostarczycielem środków pieniężnych, który w wolnej chwili skupia się jedynie na ekranie i nie ważne czy jest to smartfon, czy 60 calowy telewizor, bo nie macie już o czym gadać, a łączą was jedynie dzieci i kredyty. Jak dla mnie dopuszczenie do takiej sytuacji, to porażka na wielu płaszczyznach, raz jako faceta, dwa jako męża, trzy jako ojca. Ojca, ponieważ, to właśnie od nas dzieciaki uczą się, jak ma wyglądać związek pomiędzy kobietą i mężczyzną. Panie i Panowie, Matki i Ojcowie, dajcie sobie odrobinę luksusu i wytchnienia, zatrudnijcie dziadków i zbierajcie się na urlop, Wasz urlop!

Wysyłam rodzinę na wakacje….

Czekając na spotkanie w mekce orków, czyli Galmoku, zacząłem myśleć o pewnej pięknej wizji wakacyjnej, jaką mam przed sobą, czyli odpoczynek od rodziny. Dałem się namówić na pomysł żony, aby sama zabrała dzieciaki na tydzień, żebym ja będę mógł sobie odpocząć. W sumie wybór miała ograniczony, albo wyjedzie, albo zostanie w domu z dwójką, ponieważ w naszym kochanym przedszkolu, na miesiąc przed wakacjami poinformowano nas o planowanym, od dawna, dwutygodniowym remoncie i zamknięciu przedszkola na jego okres… super, wszak na pewno nikt z rodziców nie miał jeszcze zaplanowanych wakacji i tylko czekał na tę, jakże mało istotną, informację z przedszkola, aby wreszcie móc wybrać dogodny termin i zabukować wyjazd. Wróćmy jednak do tematu. Tydzień w domu, sam, bez żony, bez dzieci, tylko do pracy i do domu… toż to prawie jak dodatkowy urlop wypoczynkowy lub gwiazdka w środku lata. Jak na mój gust to zbyt piękne, żeby było prawdziwe, przeanalizujmy zatem co się za tym kryje. Chojna oferta ze strony małżonki ulega dewaluacji, z powodu przedszkola, wszak zostając w domu miałaby dwójke na głowie, dwójka w domu oznacza mocne zamieszanie, konieczność ogarnięcia dzieci i w sumie domu. Wyjazd to jednak trochę inna historia, ponieważ codziennie będzie podane do stołu i atrakcje lokalne się jakieś znajdą, jak np. Basen. Z drugiej jednak strony, kiedy wracam z pracy zawsze przejmuję rodzicielskie zadania na pozostałą część dnia, więc małżonka ma nieco łatwiej i może chwilkę od młodzieży odpocząć. Mając mieszane uczucia, ponieważ faktem jest, że w sumie, to chętnie pojechałbym z nimi, bo tak jakoś uwielbiam swoją rodzinę i spędzanie z nimi czasu sprawia mi przyjemność, zacząłem zabijać poczucie rozdarcia i snuć wizje… ileż to ja będę miał czasu dla siebie, w końcu na spokojnie pójdę pobiegać, skoczę na siłownię, spotkam się ze znajomymi, z którymi nie widziałem się wieki, obejrzę zaległe seriale i filmy, nadrobię zaległości w hiszpańskim… toż to zbyt piękne, żeby było prawdziwe i…. wiedziałem, że gdzieś czai się podstęp. Oszołomiony takimi możliwościami, postanowiłem policzyć mój wolny czas, czyli….. Muszę moich ukochanych zawieść na wakacje, jedziemy w sobotę rano, no i przecież, jak to argumentuje moja małżonka zostanę na noc, bo będę zmęczony po podróży, tak więc, wrócę w niedzielę wieczorem (w poniedziałek oczywiście do pracy na rano). Rodzinę trzeba równiez odebrać, czyli mam przyjechać w piątek wieczorem i zostać do soboty. Daje mi to realnego „odpoczynku” całe 4 popołudnia, no chyba, że w międzyczasie trafi się jakiś wyjazd całodniowy do klienta, wtedy będą 3 popołudnia. Dodatkowo im mniej czasu zostaje do owego aktu troski o mnie, tym więcej dostaję zadań do wykonania. Mam kupić i powiesić półki, przemalować ponownie dwie ściany, dokończyć wystrój balkonu, kupić parę rzeczy do domu, przewieźć kanapę na działkę… i to wszystko oczywiście pracując w regularnym wymiarze czasowym. Moja ukochana żona pewnie obawiała się, że będę się nudził i postanowiła zorganizować mi aktywny odpoczynek w tym czasie. Mam przedziwne wrażenie, że ponownie dałem się zrobić w konia 🙂

pexels-photo-58875

Pozdrawiam,

Korpotata dla Głosu Mordoru

Plac zabaw – Obrońców Tobruku

IMG_3054

To już dziś, długi weekend, czyli to co rodzice lubią najbardziej ;)… można spędzić trochę więcej czasu z naszymi pociechami i odliczać godziny do powrotu do pracy.. Przed długim weekendem chciałbym zaprezentować Wam jedną z moich, a może powinienem napisać naszych, ulubionych miejscówek, w temacie placów zabaw. Plac ogromny, zróżnicowany, gdzie każde dziecko znajdzie coś dla siebie ale… charakteryzujący się sporym obłożeniem. Nawet parkowanie może stanowić tu problem. Plac według regulaminu jest placem dla dzieci od 3 lat, ale nie sugerujcie się tym, jest tutaj miejsce zarówno dla większych dzieci, które mogą szaleć po niezliczonej ilości przyrządów, oraz miejsce dla młodszych dzieci, oddzielnie ogrodzone, gdzie rządzą Ci, którzy jeszcze nie mówią lub mówią niewiele. Plac położony jest w parku sąsiadującym z apartamentowcami, w których bardzo fajnie zorganizowana jest lokalna społeczność (np. Wspólne oglądanie meczów naszej reprezentacji podczas Euro 2016).

IMG_3051

IMG_3049

Miejsce: Obrońców Tobruku na tyłach Fortu Bema. Dojazd jest stosunkowo łatwy, można się tu dostać od ul. Prymasa Tysiąclecia lub Powstańców Śląskich. Co jest dobre, to tuż przy placu znajduje się całkiem spory parking, po którym w weekendy i tak trzeba pojeździć, aby znaleźć miejsce, ponieważ plac cieszy się ogromnym zainteresowaniem. W pobliżu znajduje się Fort Bema, centrum handlowe, a tuż przy samym placu, kawiarnia, w której można coś zjeść i wypić.

IMG_3053

Część dla tych większych:

Zabawki:

– duży wał, na który można się wspiąć, wbiec, przebiec po całym, bo wyposażony jest w liczne przejścia, zejścia, mostki, dodatkowo co kilkanaście metrów można z niego zjechać, różnymi zjeżdżalniami, jak dla mnie super!

IMG_3055

IMG_3062

– Konstrukcja do wspinania – całkiem spora, z licznymi wejściami, zejściami ale raczej dla dzieci, które już swobodnie biegają i wspinają się w różne miejsca.

IMG_3059

– Pajęczyna, czyli wspinanie się po linach, całkiem spora i dobra dla małych pająków.

IMG_3061

– huśtawki, róznego typu, od huśtającej się platformy, przez zwykłe huśtawki bez oparcia, kończąc na licznych naziemnych bujawkach, jest w czym wybierać.

– Coś dla małych komandosów, czyli jazda na linie. Rzadko spotykana atrakcja na placach zabaw, więc ciesząca się sporym powodzeniem. Dodatkowo kilka innych zabawek do wspinania i trenowania równowagi.

IMG_3074

Część dla tych średnich:

– dwie konstrukcje do wspinania się, jedna połączona z przemysłem wydobywczym, czyli przesypywanie, wciąganie i wykopywanie piasku.

IMG_3079

IMG_3082

– kopara! Obiekt pożądania każdego dziecka, można usiąść i kopać, jak w prawdziwej koparce. Czasem trzeba długo poczekać, aby móc z niej skorzystać.

IMG_3078

 

– trampoliny. Tak, to również tutaj znajdziecie, podobnie jak i małą siłownię na powietrzu.

– skałki – można się wspinać niczym na prawdziwe skały i wcale nie jest to takie proste.

Część dla najmłodszych:

IMG_3077

– huśtawki z oparciem, sztuk 2. Oczywiście każdy zdaje sobie sprawę, że tutaj naprawdę trzeba odstać swoje w kolejce, bo są jedynie dwie.

IMG_3093

– konstrukcja dla najmłodszych, gdzie jest zjeżdżalnia, małe schodki, taka, gdzie poradzą sobie nawet Ci, którzy stawiają dopiero pierwsze kroki.

– piaskownica, bardzo fajna, z kilkoma ściankami, gdzie można się skryć, jak również otworzyć niewielki geszeft z wyrobami z piasku.

IMG_3091

– bujawki i inne.

Reasumując, tutaj możemy spędzić pół dnia, a i tak dzieci nie będą się nudziły. Po zabawie można skoczyć coś zjeść lub do kina, albo na spacer po Forcie.

Co w okolicy dla dorosłych?

  1. Kawiarnia przy parkingu i wejsciu na plac zabaw.
  2. W odległości spaceru znajdziecie centrum handlowe z kinem i kilka miejsc z jedzeniem. Tak McDonalds też się znajdzie.
  3. Fort Bema – spacer w zasięgu ręki.

Udogodnienia:

  1. Parking – wjazd od ul. Obrońców Tobruku
  2. Stacja rowerów venturilo, w pobliżu.
  3. Blisko Pętli autobusowej.

Pozdrowienia,

Korpotata

Comfort zone

IMG_3236

O tym, jak ciężko wyrwać się ze strefy komfortu, doświadczyłem na własnym przykładzie, decydując się na zmianę pracy. Jeśli spędziliśmy w danej organizacji kilka lat, dokładnie się jej nauczymy, mamy zapewnione podstawowe potrzeby, czyli kasa wpływa co miesiąc, nikt się nie przypieprza i tak naprawdę, czy wykonamy naszą pracę, czy nie, każdy ma to w dupie, przychodzimy kiedy chcemy, wychodzimy podobnie, dochodzimy do momentu, kiedy nasze poczucie bezpieczeństwa dochodzi do głosu. Niestety owe poczucie bezpieczeństwa często determinuje nasze tkwienie w organizacji latami i nie chce nam pozwolić na dalszy rozwój, tak mocno cenimy sobie to uczucie, że powoli usychamy i się wypalamy. Zapominamy o tym, że w myśl piramidy potrzeb Maslowa, człowiek dążący do samorealizacji, musi mieć spełnione zarówno potrzeby podstawowe, takie jak jedzenie, sen, seks, bezpieczeństwo ale również te wyższego szczebla, jak religia, akceptacja społeczna, przynależność czy własnie samorealizacja i rozwój. Problem polega na tym, że często w ramach pracy ograniczamy się jedynie do owych potrzeb podstawowych, co za tym idzie, nie są realizowane potrzeby wyższego szczebla. Wpadamy w pewnego rodzaju błędne koło, z jednej strony czujemy, jak się wypalamy, ponieważ chcielibyśmy czegoś więcej, więcej pieniędzy, odpowiedzialności, realizowania coraz ciekawszych projektów, wyższych stanowisk, z drugiej od podjęcia wyzwania powstrzymuje nas poczucie bezpieczeństwa, bo przecież płacą, a my mamy rodzinę, małe dzieci, bo mogę wyjść w każdej chwili i nikt mi nic nie powie, a to ważne, bo przecież dzieci chorują, bo samochód firmowy jest, to co, że co roku coraz gorszy, ale jest, to co, że premie roczne również topnieją, przecież taki jest teraz rynek. Szukamy usprawiedliwień i wmawiamy sobie, że przecież mamy dobrą pracę ale w głębi duszy większość z nas oczekuje czegoś więcej. W ten sposób najszybciej dotrzemy do wypalenia zawodowego i nasz comfrotzone doprowadzi nas na kozetkę psychoterapeuty lub psychiatry ze zdiagnozowaną depresją. Strefa komfortu jest fajna i potrzebna ale jedynie w pewnym zakresie, nie można się na nią zdawać w nieskończoność. Kiedy mówicie, że macie fajną interesującą pracę ale za cholerę nie chce Wam się w niej siedzieć, kiedy macie problem, żeby rano zwlec się z łóżka i do niej pojechać, wracacie niewspółmiernie zmęczeni do wykonanej codziennej pracy, chodzicie smętni, a wasza rodzina to widzi, nie macie na nic siły, mimo, że przez pół dnia przeglądaliście internet w robocie, to oznacza, że czas na zmiany, a trzymanie się strefy komfortu za wszelką cenę, okupicie receptą na antydepresanty, aby owa chęć i pragnienie życia do Was wróciło. Nie piszę tego po przeczytaniu kilku mądrych książek i dzieleniu się wiedzą, piszę to, ponieważ tego doświadczyłem, przynajmniej częściowo, mi udało się zdążyć przed kozetką psychiatry i receptą na Xanax. Podjąłem odważną decyzję o porzuceniu mojej strefy komfortu i podjęciu ryzyka dołączenia do zupełnie innej, małej organizacji, z wysokimi oczekiwaniami względem mnie. Wyzwanie ogromne, już wiem, że łatwo nie będzie ale… no właśnie odżyłem, wracając do domu, mam siłę dla dzieci, żony, mam uśmiech na twarzy i nie snuję się po domu patrząc tępo w ekran smartfona. Pomimo faktu, że muszę więcej pracować, że muszę więcej wyjeżdżać, moja rodzina również to dostrzega i nasze relacje się poprawiają, bo oni widzą, że w końcu jestem zadowolony, a nie ciąglę zmęczony z niewiadomego powodu. Jednocześnie znam wiele bardzo doświadczonych, inteligentnych, potrafiących osób, które tkwią w miejscu, choć mogliby wiele osiągnąć, ponieważ tak im każe ich wewnętrzna strefa komfrotu.

Pozdrawiam,

Korpotata

 

Firmowy Kick-Off

Kiedyś mieliśmy do czynienia z imprezami integracyjnymi, imprezami firmowymi, teraz mamy Kick-Off’y i Bootcamp’y. Czym się różnią, w zasadzie niczym, na jednych i drugich chodzi głównie o to, aby się… sponiewierać, w oparach alkoholu wspólnie wmawiać sobie, jak świetną organizacją jesteśmy. Jednak różne organizacje podchodza do tematu w sposób różny. Są takie, które ze względu na brak funduszy wyślą ludzi na spływ kajakowy lub pod namioty, są takie, które wyślą wszystkich do Las Vegas, na event organizowany specjalnie dla tych organizacji. Są takie, które wyślą zespół na kilkudniowy wypad na Ibizę lub Kołobrzegu ale są również takie, które z okazji 25-lecia spółki zamiast eventu dadzą pracownikom po breloczku i ładnie opakowanej paczce cukierków z Biedronki (przy rekordowych wynikach finansowych za rok ubiegły). Zapomniałbym, event będzie, ale dla klientów…. Nie jestem wielkim miłośnikiem wyjazdów firmowych, co już podkreślałem, przy okazji wpisu o firmowej wigilii ale rozumiem, że niektórzy, chociaż w taki sposób, chcieliby być docenieni przez firmę. Trochę to przykre… choć nie, nie przykre… to zwykła bezmyślność, aby na 25-lecie częstować pracowników cukierkami. Moim skromnym zdaniem, pracownik winien czuć się częścią organizacji i czuć się dumny z własnej pracy, i wysiłku jaki poświęcił, aby owa organizacja mogła celebrować taką rocznicę. W tym konkretnym przypadku firma pokazała pracownikom środkowy palec, w zasadzie bez słowa wyjaśnienia. Pytanie brzmi, jak bardzo tacy pracownicy będą chcieli zatroszczyć się o klientów (wewnętrznych i zewnętrznych), kiedy organizajca o nich się nie troszczy? Wracając do tematu, wielkim fanem nie byłem i nie jestem ale punkt widzenia zależy od miejsca siedzenia. Nie bardzo chciało mi się wyjeżdżać na jedną noc pod Warszawę, aby pić wódkę z kolegami z pracy i obserwować biurowe romanse ale 3-dniowy wyjazd do dobrego hotelu w fajnym miejscu, to już zupełnie co innego. Nawet nie ceniąc zbytnio alkoholowych libacji, możliwość odpoczęcia od domu, robi swoje. Moja obecna organizacja ma tę dobrą cechę, że Kick-Off’y organizuje w naprawdę dobrych miejscach w różnych europejskich krajach, gdzie każdy znajdzie coś dla siebie. Można zarówno napić się z każdym od asystenki, po prezesa całej grupy, można nawet się sponiewierać i nikt nie będzie miał nikomu tego za złe, można pozwiedzać, ponieważ miejsce zachęca do tego, można skorzystać z pięknej plaży i złapać trochę słońca, a można również się zwyczajnie wyspać, ponieważ każdy z uczestników ma swój pokój, nie dzieląc go z chrapiącym kolegą lub imprezową koleżanką. Niewątpliwym minusem są tworzące się grupy z róznych krajów, które tworzą swego rodzaju enklawy, co nie sprzyja, aż tak mocno integracji i networkingowi, ale uprzejmości nie można nikomu odmówić. Obowiązkowym punktem programu każdego wyjazdu integracyjnego jest oczywiście set prezentacji, który może być męczący, interesujący lub może zwyczajnie nie wadzić. W poprzednich moich firmach prezentacje były najczęściej męczące, aktualnie zwyczajnie mi nie wadzą, zapewne dlatego, że tutaj nikt nie wysila się na ciężko przyswajalne tematy, wiedząc, że wyjazd ma być motywatorem dla zespołu, a nie karą, gdzie uczestnicy przez 8h siedzą na sali plenarnej z wyrzutem spoglądając na zegarek, którego wskazówki w żaden sposób nie chcą przyspieszyć ale wizja wieczornej libacji trzyma ich na miejscach i daje nadzieję. Tak sobie myślę, że ten post jest trochę dziwny, z jednej strony chciałem skupić się na temacie wyjazdów integracyjnych ale doświadczając takowego z zupełnie nowej strony, nie mogę wyzbyć się wrażenia, że tego typu eventy można jednak polubić szczególnie, kiedy się wstaję rano spoglądam przez okno i widzę coś takiego:

IMG_3196

pozdrowienia z kick-offu

Korpotata

Plac zabaw w Parku Moczydło na Woli

Lato w pełni, czyli sezon placów zabaw również w pełni. Powoli zaczynają nam się nudzić lokalne wilanowskie miejscówki, więc rozpoczynamy występy gościnne w różnych miejscach w Warszawie. Na pierwszy ogień poszedł park Moczydło i tamtejszy plac zabaw. Ma to swoje uzasadnienie, w takie upalne dni jakich doświadczyliśmy w ostatni weekend, każdy poszukuje miejscówki z odrobiną cienia, a w parkach cienia nie brakuje. Pamiętajcie jednak, że sam plac zabaw nie jest ocieniony, przez co w przypadku upałów najlepiej zjawić się tutaj wczesnym rankiem lub popołudniu. Plac jest na tyle duży, że znajdują się tutaj zabawki zarówno dla młodszych, jak i dla starszych dzieci, choć nie można powiedzieć, że jest on podzielony na dwie strefy.

IMG_2997

IMG_3019

Dodatkowo sam park stanowi ciekawe miejsce na weekendowy wypad, mamy tutaj górkę, dużo cienia i staw ze sporą ilością kaczek. Miejsca do spacerów naprawdę dużo.

IMG_3027

Miejsce: Park Moczydło na Woli, tuż obok stadionu Olimpii Warszawa. Dojazd: Od Prymasa Tysiąclecia ulicą Czorsztyńską lub od Górczewskiej ulicą Deotymy.

park moczydło mapa

Nawierzchnia: oczywiście Piasek! Nie ma się co dziwić, wszak na piasku jest w miarę bezpiecznie.

Zabawki: Tego jest naprawdę sporo, o różnym stopniu trudności, dostosowane do różnego wieku małych rozbójników, od roku do nawet 10. Dzieciaki mogą korzystać zarówno z licznych rozbudowanych konstrukcji, jak również z piaskownicy, pajęczyn różnego typu, huśtawek i innych bujaków.

IMG_3008

Tutaj mamy przykład konstrukcji dla nieco młodszych dzieci, niewysokie drewniane schodki, mały tunel oraz niska zjeżdżalnia, pozwalają na zabawę nawet tym, co niedawno wstali na nogi.

IMG_3014

Ta jest już bardziej rozbudowana, z wąską kładką i bez schodków, co wskazuje na konieczność opanowania wchodzenia po drabinkach małych użytkowników.

IMG_3018

Podobnie rzecz się ma z kolejną konstrukcją, gdzie dzieciaki muszą już całkiem nieźle się wspinać, aby z niej korzystać.

Na koniec ta największa, z największą ilością wejść, przejść, zjeżdżalni, tubą i wszystkim. Poziom trudności nie jest zbyt wysoki, więc już i 2 latkowie mogą z niej korzystać.

IMG_3013

Przy treningu wspinaczkowym, warto również zadbać o równowagę. Wcale nie jest tak łatwo, jak się wydaje pokonać to diabelskie miejsce treningów przyszłych polskich himalaistów.

Celem uzupełnienia treningów, można zawsze skorzystać z tego:

IMG_3002

Są tutaj również dwie piaskownice, jedna trochę na uboczu, paująca bardziej młodszym amatorom piaskowych zabaw,

IMG_3003

druga w centralnym punkcie placu, gdzie pod kątem przyszłych archeologów, inżynierów i architektów, kształcą się jedynie troszkę starsze dzieciaki.

IMG_3005

Huśtawki i bujawki:

Huśtawek jest 6 w różnym miejscu i róznej wielkości, więc każdy miłośnik huśtania powinien znaleźć coś dla siebie i nie czekać zbyt długo w kolejce.

Toaleta: tuż przy placu zabaw znajduje się toaleta, więc najpilniejsze potrzeby można załatwić

IMG_3025

Co w okolicy?

W odległości około 100 metrów od placu zabaw znajduje się całkiem spora siłownia na świeżym powietrzu, więc jak ktoś bardzo chce aktywnie spędzić czas, to nie ma z tym problemu. W całym parku jest dużo ścieżek rowerowych, jedna prowadzi tuż obok placu zabaw, co za tym idzie, można wybrać się tutaj również rowerem.

IMG_2995

Jeśli zgłodniejemy, możemy skorzystać z oferty restauracji Mississippi mieszczącej się tuż przy Parku od strony ulicy Czorsztyńskiej. Mają menu dla dzieci, Pizzę i piwo dla dorosłych ;). Młodzież mówi, że pizza jest ok.

IMG_2991

Niestety jeśli chcemy skorzystać z oferty jakiegokolwiek sklepu, najbliższe są delikatesy na rogu ulic Deotymy i Górczewskiej.

W parku ma swoją siedzibę klub Olimpia Warszawa, dzięki czemu, można również pograć w piłkę na boisku, a w każdą niedzielę Ci co chcą, mogą zrobić dodatkowo zakupy na bazarku na kole (właśnie na terenie Olimpii). Dodatkowo park ze stawami, czyli można spacerować, karmić kaczki, przeskakiwać przez kamienie i wiele innych rzeczy, które przyjdą do małych głów naszych pociech.

Niezależnie od letniej aury, gorąco polecam.

Korpotata.