Dzień Ojca

IMG_2740

Dziś mój dzień, ciekawie to brzmi, bo wyjątkowo nie są to urodziny, czy imieniny, a dzień ojca. Jak też na ojca przystało, spędziłem go w rodzinny sposób. Nie poszedłem dziś do pracy, ponieważ zachciało mi się spędzić cały dzień z młodym. Młoda jest na tyle duża, że już zapomniałem, jak to było, kiedy miała nieco ponad roczek. Jedno jest pewne, było zupełnie inaczej niż z drugim w kolejności. Pierwsze dziecko, to zawsze wielka niewiadoma i obawa rodziców, trochę nadopiekuńczości, trochę chowania pod kloszem, co zwykle kończy się delikatnym „popsuciem” 😉 pierwszego dziecka. Na każdym placu zabaw widać za to, które dziecko jest pierwszym, a które drugim dzieckiem. Pierwsze dzieci, zawsze przebywają pod bacznym nadzorem mamy lub taty (nie mówię tutaj o babciach, bo one niezależnie od ilości wnucząt, zawsze będą nadopiekuńcze, taka ich rola), nie wolno im prawie niczego, wszystko jest szybko korygowane, tutaj za wysoko, w tym Ci pomogę, tego nie rusz, tamtego nie dotykaj, bo się pobrudzisz, itd. Drugie dziecko to już czysta frajda, posiadania dzieciaków. Owszem mam świadomość, że brzmi to trochę, jakbym faworyzował drugie ale nie o to chodzi. Kocham pierwszą na równi z drugim, (choć rząd dzięki 500+ każe mi kochać drugie nieco bardziej ;)) tylko wiem, jak podchodziłem do niej kiedyś, a jak podchodzę do obojga aktualnie. Pierwsza, to było przecieranie szlaków, liczne błędy i niezrozumienie. Przy drugim cieszysz się każdą chwilą, bo wiesz, że to już nie wróci. Uczysz się radować z każdej sytuacji, wzrasta twój poziom cierpliwości i aprobaty do niekiedy bardzo szalonych pomysłów twoich dzieci. Nie biegasz po placu zabaw, za swoim dzieckiem, bo wiesz, że nie o to w tym chodzi, ono samo musi się uczyć i odkrywać świat, swoimi zmysłami, nie pomożesz mu zabraniając mu i wyręczając we wszystkim. Owszem masz go pilnować i bronić ale dajesz mu się pobawić. Wracając do tematu, dziś spędziłem cudowny dzień. Pomimo tego, że tak naprawdę nie zrobiliśmy nic niezwykłego, to był to dzień niesamowity. Niesamowite jest, że drogę dookoła bloku można pokonywać przez godzinę i w ogóle się tym nie denerwować, wręcz przeciwnie, można iść tą drogą z fascynacją tego, jak mały człowiek ją odkrywa. Skupiając się jedynie na tym, aby to młody spędził fajnie czas, pozwoliłem mu właściwie na wszystko, to on decydował, którędy pójdziemy, to on mógł robić to, na co ma ochotę. Zbierał patyki, bawił się żwirem, ganiał ptaki, przestawiał pachołki, wchodził i schodził po schodach do każdej klatki. Przy młodej tego typu spacer był mega męczący, wychodząc z domu, zawsze musiałem mieć ustalony cel i przebieg spaceru, więc wszelkie tego typu zachowania strasznie mnie męczyły i zakłócały plan! 😉 jak sobie teraz o tym pomyślę, to chce mi się śmiać. Nie ma nic fajniejszego niż spacer bez celu, spacer którego celem jest odkrywanie świata. Już wiem, że w prezencie mogę dostać pachołek i to, jak fajny powstaje dźwięk, kiedy rzucamy żwirem w drabinki, jak trudno jest podejść wronę i ile frajdy dają bańki mydlane. Fantastyczny dzień ojca! Szkoda, że nie mam cheerios, bo młody padł po całym dniu, więc mógłbym, na przekór oburzonym, wziąć udział w cheerios challenge, tak na dobre zakończenie udanego dnia ojca. Dziękuję Wam moje dzieci, za naukę tego, co jest w życiu ważne, dzięki Wam czuję się szczęśliwy.

Reklamy

Zawsze Perfekcyjna

2236308247_5a8b21323e_z

Idealna matka, żona, kochanka, pani domu i kobieta sukcesu, czy my mężczyźni naprawdę potrzebujemy realizowania w 100% tych wszystkich ról? Kobiety to dziwne stworzenia, większość z nich zawsze chce we wszystkim być perfekcyjnymi, niezależnie od tego, czy mówimy o karierze zawodowej, łóżku, zdrowym trybie życia, opiece nad dziećmi, zajmowaniu się domem, czy relacjach z partnerem. Zawsze idealna tylko…. Jakim kosztem? Ideał w każdym możliwym polu, jest zwyczajnie niemożliwy, ponieważ doba jest za krótka, a każdy ma określone zasoby energii do ich realizowania. Niezależnie od tego, co może się komu wydawać, bycie perfekcyjnym w każdej roli jest opcją wykluczającą się. Ktoś, kto chce być dobry we wszystkim, najczęściej nie jest dobry w niczym, co za tym idzie tak naprawdę optymalny jest kompromis. A kwintesencją tego wszystkiego jest to, co mówią same kobiety – robimy to dla Was! A czy ktoś kiedykolwiek spytał „Nas”, czego my od kobiet potrzebujemy i czego my oczekujemy? Pewnie każdy z nas ma swoje typy, w których 2 rzeczach kobieta winna być idealna, a które może sobie odpuścić. Mój wybór jest prosty, chciałbym, aby moja kobieta była dobrą matką i kochanką J z resztą sobie jakoś poradzę, jeśli nie będzie perfekcyjna. Nie potrzebuję lśniącego czystością domu, jeśli mnie stać, to poszukam pomocy w tym zakresie, jeśli nie, to z chęcią sam pomogę, o ile nikt po mnie nie będzie poprawiać… Nie potrzebuję obiadu z 2 dań i deseru codziennie po powrocie z pracy, w zasadzie nie potrzebuję również lunchu do pracy, z tym sobie również poradzę. Koszule potrafię prasować i w zasadzie prasowanie jednej zajmuje 10 minut, więc nie wymagam od żony umiejętności profesjonalnej obsługi żelazka. Nie zależy mi również, aby robiła nie wiem jaką karierę, chyba, że tak wspólnie postanowimy, dwie osoby realizujące się zawodowo, to niestety mało realny scenariusz jeśli chcemy być rodziną, a nie jedynie mieć ją na papierku i w postaci różnego typu dóbr doczesnych. Za to potrzebuję, aby moja żona miała super relacje ze mną i naszymi dziećmi. Chcę, aby sprawiało jej przyjemność przebywanie z nimi, zabawa, wspólne spędzanie czasu, chcę, aby nasze dzieci potrafiły się zachować, wiedziały co to kultura i że rodziców należy słuchać. Nie chodzi o przygotowywaniu im 3 różnych obiadów, na wypadek, gdyby pierwszy lub drugi nie przypadł dzieciakom do gustu, nie chodzi również o nowe prezenty każdego dnia w nagrodę za bycie grzecznym. Chodzi mi o radość z życia razem.

Nie zależy mi na tym, aby moja małżonka testowała co miesiąc inną dietę i z panem Dukanem, czy innymi specami od wyciągania pieniędzy. Dla mnie to nie ma znaczenia, jeśli „…nasze łóżko zapłonie jeszcze raz”. Jestem święcie przekonany, że w naszym przypadku, jeśli w łóżku będzie ok., to cała reszta nie będzie ważna.

Choć jest jeszcze jedna mała rzecz, którą chciałbym, aby miała moja kobieta. Nie musi być w niej idealna, ważne, aby sprawiała jej radość. Tą małą rzeczą jest…. Pasja… chciałbym, aby moja żona miała coś swojego, tylko swojego, co będzie ją cieszyło, w czym będzie się realizowała i co będzie stanowiło dla niej swego rodzaju ucieczkę od codzienności z nami. Chciałbym słuchać jej opowieści o tej pasji, chciałbym, aby się nią ze mną dzieliła, abym mógł ją wspierać w jej realizacji.

Pamiętajcie, ideały są nudne, bo są przewidywalne 😉

Plac zabaw nad Jeziorkiem Powsinkowskim od strony ul. Vogla

Po licznych perypetiach natury prywatnej, wracam do pisania. Wiosna zbliża się ku końcowi, pogoda dopisuje, to i place zabaw, znów stają się popularnym kierunkiem weekendowych wypraw rodziców ze swoimi pociechami. W dalszym ciągu poruszamy się w okolicach Wilanowa, ale już niedługo ruszymy w odwiedziny innych placów, które znamy i uważamy za naprawdę godne polecenia.

Zdjęcie 1

Plac zabaw, który odkryliśmy już dość dawno, co ciekawe ponownie, podczas jednej z wycieczek rowerowych. Najlepsze w nim jest to, że został ostatnio zupełnie odnowiony i przebudowany, a teren w pobliżu tego placu zabaw, może być dobrym miejscem na ciepłe letnie dni, jeśli mamy w głowie zamysł pikniku, lub grilla.

Zdjęcie 3

Plac zabaw nad jeziorkiem Powsinkowskim w Wilanowie to dobry przystanek w drodze nad lub znad Wisły dla miłośników rowerowych wycieczek, podobnie, jak ten przy ul. Gronowej. Jak powszechnie wiadomo, dziecko w foteliku nie chce siedzieć w nieskończoność, a jeśli jednym z celów do osiągnięcia jest plac zabaw, to i cierpliwość dzieciaków ulega wydłużeniu. Aktualnie mamy już dwójkę młodych amatorów placów zabaw, a ten niewątpliwie jest satysfakcjonujący dla obojga. Uprzedzam, nie spodziewajcie się dużego placu zabaw, ten jest niewielkich rozmiarów ale bardzo klimatyczny.

Miejsce: Plac zabaw znajduje się nad brzegiem Jeziorka Powsinkowskiego w odległości ok 200 metrów od ul. Vogla. Najlepiej do niego dotrzeć zjazdem ścieżką od Doliny Rybnej, smażalni, której nigdy nie widziałem otwartej. Uwaga, nie dojedziecie tutaj samochodem! Samochód najlepiej zostawcie właśnie przy Smażalni. Niewątpliwą zaletą tego miejsca jest chłód w gorące dni, choć sam plac zabaw, jest odsłonięty.

Zdjęcie 2

Nawierzchnia: Piasek 🙂 – tak po zabawie ma się go dosłownie wszędzie.

Zabawki:

Plac zabaw nie ma wydzielonej części dla dzieci starszych i młodszych ale wydaje mi się, że optymalny wiek to 1-7, starsze dzieci mogą się tu zwyczajnie nudzić. Fajna jest natomiast marynistyczna tematyka parku.

– Okręt – Dziób: jest tu wszystko do wspinaczki, można wspiąć się na niego z każdej strony, zarówno od strony mostku kapitańskiego z kołem sterowym, jak i prawej burty i od przodu. Dodatkowo można przejść pod nim lub schować się w środku, przy zabawie w chowanego.

 

– Okręt – maszt: jak wiadomo maszt z bocianim gniazdem, to to, co mali piraci lubią najbardziej. Bo, gdzie najfajniej się wspiąć i wypatrywać wrogich okrętów?

IMG_2902

– Okręt – rufa: Ma kilka zalet, raz, że można się wspinać, dwa, że można zjeżdżać ze zjeżdżalni znajdującej się na jej końcu, trzy, można się tam schować, co mój najmłodszy pirat uskutecznia za każdym razem, śmiejąc mi się w twarz, kiedy muszę się po niego wczołgać.

Pajęczyna: na żadnym placu zabaw, nie może jej zabraknąć, na tym również się znajduje i raczej skierowana jest do młodszych dzieci.

IMG_2904

Huśtawka: tutaj huśtawka jest nieco inna, bo grupowa.. może się na niej huśtać więcej niż jedno dziecko, w różnym wieku. Młodej niestety ta wersja nie przypadła do gustu, a młody…. On w ogóle nie znosi huśtawek… to niesamowite, jak różne mogą być od siebie dzieci.

IMG_2910

Piaskownica: Pomimo faktu, że piasek jest właściwie wszędzie, nawet tam, gdzie się go nie spodziewamy, jest również piaskownica. Niby mała ale ciesząca się sporym zainteresowaniem, czego ja osobiście nie rozumiem, ale nie muszę.

IMG_2907

Domek: Tuż obok piaskownicy znajduje się mały drewniany domek, który oczywiście, przy udziale wielkiej wyobraźni małych głów, szybko przeobraża się w sklep, cukiernię, miejsce do zabawy w chowanego, lub niesamowite wyzwanie w postaci: wejść, wyjść, znów wejść i znów wyjść, dla tych najmłodszych.

IMG_2909

Karuzela: Jaka karuzela jest, każdy widzi, młoda fanką karuzeli nie jest, choć czasem korzysta z jej oferty.

Zalety: fajne miejsce zarówno na krótką przerwę w trakcie rowerowych wojaży, ale również jako miejsce rodzinne oferujące nie tylko plac zabaw, ale również kawałek wody, miejsce na piknik, siłownię oraz trochę zieleni, co na Wilanowie jest rzadkością.

Uwaga: jest toaleta! Więc nie trzeba biegać w krzaki! 🙂

IMG_2886

Co w okolicy:

Miejsce na piknik oraz grilla: Sam teren nad jeziorkiem jest naprawdę fajny, często odbywamy tutaj spacery, a także przyjeżdżamy na krótki postój, w trakcie wypraw rowerowych. Z tego co widzimy, ludzie traktują to miejsce, jako ciekawą alternatywę piknikową oraz… grillową.

Siłownia na świeżym powietrzu: Tuż obok placu zabaw, znajduje się siłownia na świeżym powietrzu, co dla miłośników ruchu jest ciekawą opcją.

IMG_2913

Fresh Market: Jeśli zapomnieliście wody, ulubionego soczku, lub wasz mały potwór musi zjeść loda, nieopodal działa Fresh Market, w którym można nabyć tego typu artykuły pierwszej potrzeby.

Lake Park Wilanów: dla amatorów nieco innych wrażeń, w odległości spaceru znajduje się tor dla chcących pośmigać na desce, lub napić się chłodnego browara. Co więcej można tam również zjeść śniadanie lub inny lekki posiłek. Fajne letnie miejsce.

Pozdrawiam

KorpoTata

Za wcześnie – za późno

SplitShire-8856

Całe życie ścigam się z czasem i jakoś nigdy nie mogę trafić idealnie w czas. Przez połowę mojego istnienia, byłem zazwyczaj za wcześnie, a aktualnie często się spóźniam. Czy to przeklęte prawo każdego człowieka, czy może jedynie ja toczę z czasem nierówną bitwę? Kiedy byłem młody najpierw wydawało mi się, że na wszystko mam czas i za wcześnie na poważne sprawy, wolałem bumelować ciesząc się niesamowicie, gdy czas uciekał. Za wcześnie na naukę, za wcześnie na odpowiedni wybór studiów i realizowania swoich pasji, za wcześnie na realny, poważny świat. Kiedy jestem starszy, choć jak bym na siebie spojrzał, swoim własnym okiem sprzed lat 25, to powiedziałbym, stary, mam wrażenie, że na wszystko jest już za późno, że to już nie ma sensu. Za późno na wybór studiów, za późno na rozwijanie zainteresowań, za późno na sport. Teraz systematycznie zadaję sobie pytanie, czemu nie zrobiłem tego wcześniej. Cóż za dziwne uczucie, tak, jakby w tej chwili ktoś strzelił mnie w pysk, celem otrzeźwienia po omdleniu i jakby mnie oświeciło. Właściwie w pierwszym momencie, myślę sobie, pieprzyć takie oświecenie, które człowieka dołuje, bo uświadamia mu ile tego czasu mu uciekło. Czemu nie zrobiłem tego, czy tamtego, czemu nie pojechałem do Peru z plecakiem, czemu  nie nauczyłem się chińskiego, czemu nie studiowałem mechatroniki? Wszystko nagle jawi się takie fajne, proste i jednocześnie wydaje się takie, aktualnie, nieosiągalne.  Podobnie z dziećmi, czemu zdecydowaliśmy się na nie tak późno, czemu zrobiliśmy taką przerwę między pierwszym a drugim? Teraz znów trzeba przechodzić przez pieluchy, a można było już mieć to z głowy. Przekleństwem moim, a pewne i wielu innych ludzi jest to, że człowiek nabiera mądrości życiowej wraz z wiekiem i doświadczeniem. Za pięć kolejnych lat, znów zadam sobie te same pytania, twierdząc, że przecież 5 lat temu mogłem zrobić wszystko to, co wydawało mi się w tamtym czasie nieosiągalne.

A może właśnie nie będę, może ten jeden raz stanę twarzą w twarz z czasem i powiem mu wprost: wiesz co, stary, chyba najwyższy czas, abyśmy się spotkali w odpowiednim czasie i przestali się mijać. Chyba najwyższy czas, abyśmy spojrzeli sobie w oczy i zakończyli te gierki, zróbmy w końcu coś razem i nie mówmy więcej, że jest na coś za wcześnie, albo już raczej za późno. Na nic nie jest za wcześnie, ani za późno. Jeśli obaj będziemy czegoś naprawdę chcieli, to może nie szukajmy już więcej wymówek, że nie pora, może weźmy się w garść i po prostu to zróbmy. Będzie czasem trudno, czasem nie po drodze, czasem nie będzie nam się chciało, ale czy to ważne, czy to warto poddać się, aby później znów na siebie warczeć? Niech jedyną rzeczą, na jaką się spóźnię, będą lekcje francuskiego, ale niezrażony 15 minutami spóźnienia, i tak wejdę na zajęcia, grzecznie przeproszę, nie zważając na spojrzenia dezaprobaty ze strony nauczyciela, po czym będę chłonął każde słowo niczym ewangelię. Jedyną zaś rzeczą, na jaką będzie za wcześnie, to emerytura i starość, na to zawsze będzie jeszcze czas…

Ojcowie na bocznym torze

Przeglądam sobie portale parentingowe, których poziom, swoją drogą, niewiele odbiega od poziomu pudelka i brawo („6 pozycji seksualnych, których musicie spróbować”, „100 rzeczy z selera, bo tylko dzięki niemu Twoje dziecko będzie geniuszem”, „10 sygnałów, że on ma inną” itp.) w natłoku idiotycznych artykułów, coraz trudniej wyłowić te naprawdę wartościowe, lub takie, które wnoszą cokolwiek. Pośród tych, które cokolwiek wnoszą znakomita większość skierowana jest do kobiet/mam. Kobiety karmione są informacjami, jak zajmować się dzieckiem, co sprawia, że jest się dobrą matką, jak powinien wyglądać związek, jak wychowywać dziecko, czego unikać, jak pogodzić role matki i karierę, itd. Dlaczego prawie nikt nie zajął się tematem: jak być dobrym ojcem i co to oznacza? Dlaczego mówi się, a raczej kobiety systematycznie mówią o kryzysie męskości, o kryzysie ojcostwa, o tym, że dzisiejsi mężczyźni to już nie mężczyźni, ale żaden z tych cudownych portali nie zajmie się owymi mężczyznami i ojcami? Dlaczego Panie redaktorki, nie pomyślą, „kurczę, faktem jest, że faceci są jacyś inni ale może stworzymy strefę dla nich, żeby oni wiedzieli, czego się od nich oczekuje, czego oczekujemy od nich, jako matki, żony, kochanki. W rozmowach z koleżankami, jak również własną żoną, systematycznie dowiaduję się, jacy to faceci są beznadziejni i czego nie robią, i jak się nie potrafią domyślić o co chodzi ich kobietom, czy też jak nie potrafią się zajmować dziećmi, itd. Drogie Panie, może i nie potrafimy czasem czytać Wam w myślach, czy zajmować się dziećmi tak, jak opisują Wasze fantastyczne portale ale nam, w przeciwieństwie do Was, nikt nie mówi, co robić. Nasi ojcowie najczęściej zajmowali się pracą i duża część z nas właściwie niewiele miała z nimi kontaktu, co za tym idzie i tak wydaje nam się, że robimy dużo więcej niż oni. Męska prasa skupia się na tym, jak facet powinien wyglądać, jakich kosmetyków używać, jak pielęgnować brodę i co jest teraz modne. W jaki sposób mamy być mężczyznami, kiedy zasypuje się nas takimi bzdurami? Nie dziwcie się, że Wasi faceci spędzają więcej czasu przed lustrem niż Wy, że mają więcej ciuchów w szafie i więcej czasu spędzają na siłowni, bo tak kreowany jest przez media świat męski, co gorsza kreowany jest w znacznej mierze przez kobiety. Są faceci, którzy sami z siebie metodą prób i błędów uczą się ojcostwa ale są tacy, którzy od początku są odsunięci na bok, przez swoje żony, bo przecież na początku najważniejsza jest matka i ojciec jest niepotrzebny, co najwyżej może popchać wózek na spacerze.

Chcecie mieć męskich facetów i dobrych ojców dla swoich dzieci, to rozmawiajcie z nami, nie czytajcie idiotycznych porad o „oznakach kryzysu”, czy „sygnałach, że on mnie zdradza” tylko z nami rozmawiajcie. Rozmawiajcie w sposób zrozumiały, wprost, bez podtekstów i domysłów. Nie uważajcie również, że to Wy wiecie wszystko, a my nic. Nie bójcie się nam zaufać w temacie opieki nad dzieckiem, na pewno nie zrobimy mu krzywdy, a być może wniesiemy coś dobrego i nowego. Czasami wręcz zmuście nas do tego, postawcie przed nami wyzwanie, my kochamy wyzwania. Wyjedźcie na weekend z koleżankami. Tak, na początku będziemy dzwonić co 5 minut pytać o jedzenie, pieluchy, kąpiel, ubranie ale po pewnym czasie, to Wy będziecie dzwonić z pytaniem, co u nas, bo się nie odzywamy zatracając się w dobrej zabawie. Z początku będziemy się trochę bać, później będziemy pękać z dumy, że nam się udało, a na końcu stanie się dla nas całkowitą normą, że ojciec również potrafi i lubi zajmować się dziećmi. Im bardziej uda Wam się zaangażować nas w opiekę i wychowywanie dzieci, od samego początku, tym lepszymi partnerami staniemy się dla Was. Nie odsuwajcie nas na boczny tor zarówno, jako mężczyzn, jak i ojców swoich dzieci.

 

Święta, Święta, czyli jednak może być inaczej!

Na słowo Święta, większość ludzi wizualizuje sobie zastawiony stół, choinkę, kolędy, śnieg za oknem, zapach ciasta i światło świec… ale jak przychodzi co, do czego, to… porażka.

Zasadniczo, nie mogę powiedzieć, aby przez większość mojego życia Święta kojarzyły się z czymś innym niż urlopem przed telewizorem. Kiedy byłem dzieckiem, owszem były zakrapiane imprezy rodzinne, kończące się kłótniami, awanturami, a czasem wręcz bijatykami – to takie typowo polskie. Kiedy byłem nastolatkiem, święta kończyły się na wspólnej wigilii, którą trzeba było odhaczyć, aby wrócić przed ekran telewizora lub monitora komputera, a kolejne dni spędzałem właśnie w ten sposób. W okresie, kiedy moja żona była moją dziewczyną, kursowaliśmy od jednych rodziców do drugich, było to dosyć męczące i nie wpływało zbyt pozytywnie na nasze relacje.

Wszystko zmieniło się w momencie, kiedy to ja założyłem rodzinę. Całe życie tęskniłem, podobnie zresztą, jak moja małżonka za rodzinnym biesiadowaniem, z dużą ilością ludzi i Świąteczną atmosferą. Z początku był plan połączenia naszych rodzin i organizacją wspólnych Świąt. Niestety światy naszych rodzin były na tyle różne, że owa próba zakończyła się katastrofą, było tak drętwo, jakbyśmy spędzali Święta z obcymi ludźmi, którzy w dodatku mówią różnymi językami.

Kolejnym pomysłem, był wyjazd do hotelu. Raz, że uniknęliśmy konieczności spędzania Świąt z własnymi rodzinami, dwa pojechaliśmy na gotowe. Rozwiązanie to nie było najgorsze i w dalszym ciągu może stanowić ciekawą alternatywę, jednakże z marzeniami również niewiele miało wspólnego. Jedzenie dobre, ale nie to samo co domowe, wokół obcy ludzie, co gorsza z rodzinami, więc nie do końca czuliśmy się komfortowo.

W tym roku postanowiliśmy przygotować w końcu Święta po swojemu i…. udało się. Pierwszy raz w życiu Wigilia, była prawdziwą Wigilią. Postawiliśmy się rodzinie i nie zostali oni zaproszeni, w zamian zaprosiliśmy znajomych. Atmosfera była naturalna, jedzenie pyszne, a dzięki zaangażowaniu każdego z nas dom wyglądał tak, jak powinien w Święta. Owszem było to męczące, kiedy wszystko musieliśmy przygotować sami ale w końcu poczułem, że mamy rodzinne święta, które nie zakończyły się awanturą i nie pozostał po nich niesmak.

To wszystko sprawiło, że zacząłem sobie zadawać kolejne pytania: Czy rodzice zawsze powinni być częścią naszych Świąt, nawet wtedy, kiedy są czynnikiem destruktywnym? Czy rodzinna atmosfera wymaga zaproszenia rodziny? Niestety pokolenie obecnych 30 latków coraz częściej widzi, jak różni się od swoich rodziców, gdzie relacje były mocno dysfunkcyjne, ojcowie często nieobecni (praca albo telewizor i gazeta), a matki na siłę spinające dom. Święta zawsze były pewnego rodzaju tradycją ale tradycją bezsensowną, ponieważ musieliśmy spotkać się przy stole i udawać rodzinę, choć nic nas tak naprawdę nie łączyło, byliśmy dla siebie obcymi ludźmi, z którymi widzieliśmy się raz w roku i sililiśmy się na rozmowy.

Rodzice mojego pokolenia, to osobny temat, bardzo złożony i w sumie bolesny, który na pewno trafi na tapetę w pewnym momencie, lecz jeszcze nie teraz. Po tych Świętach wiem jedno, warto zrobić wszystko po swojemu, warto zaprosić tych, których traktujecie, jak rodzinę, warto nie zapraszać tych, którzy powodują jedynie stres i zgrzytanie zębów. Warto zadbać o to, aby Święta były dla Was, a nie dla innych, to My mamy czuć się dobrze i rodzinnie w czasie Świąt, i później dobrze je wspominać.

Kochanie, bardzo Ci dziękuję za naprawdę fajne Święta.

 

Wigilia firmowa

Ach cóż za piękny okres mamy, za chwilę święta, pracy masa, a do tego oczywistą oczywistością jest firmowy opłatek. Jaka idea przyświeca temu wydarzeniu, a jak jest naprawdę? Wszystko oczywiście zależy od firmy, zasobności jej budżetu. Bywałem na różnych imprezach zarówno tych mocno zakrapianych wieczornych, jak i „trzeźwych” w okolicach wczesnych godzin popołudniowych. Które są gorsze? Prawdę mówiąc ciężko stwierdzić, na tych zakrapianych można się zwyczajnie nie pokazać lub pokazać na chwilę, ponieważ i tak towarzystwo nie będzie pamiętało. No właśnie, jaki w ogóle jest cel zakrapianej imprezy, przecież nie wpłynie to w żaden sposób na integrację i zacieśnienie stosunków zawodowych. Może owszem dojść do zacieśnienia stosunków ale nie w sposób pochwalany przez korporację i raczej w obszarze mocno prywatnym, niż zawodowym. Można oczywiście wspaniale się skompromitować na forum firmy, dlatego tego typu imprezy mogą być mocno niebezpieczne. Alkohol rozwiązuje języki i pić to trzeba umić, aby nie powiedzieć i nie pokazać zbyt wiele. Ale czemu służą tego typu imprezy wszyscy wiedzą, upodleniu się, najedzeniu, wyluzowaniu i integracji, część korpoludków z drżeniem kolan wyczekuje wieści na temat najbliższej imprezy firmowej.

Innym ciekawym zjawiskiem są wigilie bez alkoholu, ewentualnie z kieliszkiem wina, gdzie prezes składa życzenia i wszyscy później łamią się opłatkiem, zjedzą coś na szybko i po 2h mają spokój…. No właśnie tylko po co? Z obserwacji własnych, ani nie spowoduje to integracji, ani nie spowoduje luźniejszej atmosfery, dla wielu to kolejny zawodowy obowiązek, gdzie trzeba się pokazać i na siłę pogadać z kilkoma osobami, sztucznie się pouśmiechać i skrywając głęboką niechęć, złożyć niektórym „serdeczne i szczere” życzenia sukcesów i wspaniałych ciepłych świąt przy pierogu z kapustą i grzybami. Oczywiście z punktu widzenia samej firmy, to dzień stracony, od rana wszyscy już czekają na ów obowiązek i prawdę mówiąc praca nie jest w tym dniu najważniejsza. Oczywiście jest to moja osobista opinia, wiem, że gdyby nie odbyło się takie spotkanie, to pracownicy, by podnieśli głos, czemu go nie było? I tu pojawia się paradoks, jest – źle, nie ma – źle, ciężko jest uszczęśliwić ludzi, którzy sami nie wiedzą, czego chcą.

Oczywiście wszystko zależy od organizacji, kultury organizacyjnej, budżetu, średniej wieku ludzi w niej pracujących, oraz od tego, czy mamy do czynienia z centralą, czy oddziałami terenowymi. Co ciekawsze centrala zawsze ma jedno ze spotkań opisanych powyżej, oddziały po prostu dostają kasę i robią to co sami wymyślą, jak słusznie można się domyślić, oddziały są zintegrowane i dobrze się bawią, bo to oni decydują na co pójdą pieniądze, a centrala rozczarowana i w dalszym ciągu znasz co piątą twarz. A czemu po prostu nie zapytać ludzi z wykorzystaniem – anonimowej ankiety: „drodzy pracownicy, czego chcecie? Imprezy wieczornej, wigilii popołudniowej, a może każdy departament dostanie budżet i sam zdecyduje, a może zamiast imprezy bony lub kosz świąteczny i talon na balon”. Osobiście nie jestem fanem imprez firmowych, szczególnie tych dużych, ogólnofirmowych. Owszem zdarzyło się, że kiedyś byłem na fajnych imprezach ogólnofirmowych ale były one połączone z czymś jeszcze, zajęcia team-buildingowe, itd. Aktualnie, kiedy firmy tną koszty gdzie mogą, impreza firmowa ogranicza się do żarcia i open-baru, co mnie jakoś szczególnie nie bawi. Osobiście wolę imprezy lokalne, bardziej kameralne, gdzie można naprawdę poznać się nieco lepiej. No ale jeszcze tylko kilka dni i problem się skończy.

 

Zabawki – prezenty dla najmłodszych

Święta i czas prezentów zbliża się wielkimi krokami, czyli wracamy do tematu co kupić dzieciakom, co kupić żonie i innym bliskim. W kanałach strategicznych, które śledzone są przez nas na bieżąco, czyli minimini, nick jr., Disney Junior, pojawia się coraz więcej reklam zabawek. Młodzi zmieniają zdanie, co by chcieli dostać od Mikołaja z częstotliwością kursowania metra w godzinach szczytu. Zabawki, prezenty…. temat bliski chyba każdemu rodzicowi, a przede wszystkim ojcom, dlaczego? Ponieważ każdy facet w głębi duszy jest dużym dzieckiem i uwielbia zabawki. Z czasem oczywiście nasze zabawki się zmieniają ale nie ma faceta, który obojętnie wchodziłby do sklepu zabawkowego i z rozrzewnieniem nie wspominał dzieciństwa. Sam oczami wyobraźni widzę siebie składającego kolejny zestaw gwiezdnych wojen Lego…. Kur…. Czemu, kiedy to ja byłem dzieckiem, takich nie było?!?! J

Jednak obserwując swoje dzieci i reklamowane/oferowane zabawki zaczynam się zastanawiać nad jednym… czy te zabawki są dla dzieci, czy może są tworzone po to, aby podobały się ich rodzicom? Skąd takie pytanie? To proste, zabawki, które są reklamowane, ładnie wyglądają, najczęściej mają swoje…. 5 minut…. Dosłownie PIĘĆ minut po zakupie, później idą w kąt pudła z nieskończoną ilością plastiku. Dlaczego? Ponieważ poza ładnym wyglądem nie realizują żadnych zadań. Ciągle słyszę o chcę pieska, lalkę, my little ponny… gdybym miał zaakceptować wszystkie żądania moich podopiecznych, mało tego, że poszedłbym z torbami, to zagraciłbym ich pokój i całe mieszkanie plastikiem, w imię czego? W imię dobrego samopoczucia dzieci? Raczej nie… dzieciaki, tak naprawdę kupują to wszystko oczami ale nie do końca potrafią jeszcze powiedzieć, czego chcą i czy na pewno tym czego chcą, jest to, co widzą w reklamie. O wiele bardziej cieszą je zabawki, które na pierwszy rzut oka nie są tak atrakcyjne, ale dziecko jest im w stanie poświęcić więcej czasu i chętnie do nich wraca. O czym mowa? O zabawkach, albo może akcesoriach, które ogranicza jedynie wyobraźnia:

Kredki – jako dziecko marzyłem o pięknych różnokolorowych kredkach, niestety było o nie dosyć ciężko, bambino składały się z 10 kolorów i tyle. Aktualnie wybór kredek jest kosmiczny, podobnie jak farb… dzieciaki uwielbiają rysować i bardzo dużo czasu poświęcamy wspólnie na tego typu zajęcia, niezależnie, czy bawimy się w ZOO, akwarium, czy miasto dla samochodów – wszystko można narysować. Jest to świetna zabawa zarówno dla moich dzieci, jak i dla mnie… nigdy nie sądziłem, że nauczę się rysować, a także, że to może… relaksować. Podobnie rzecz się ma z farbami i flamastrami, co do tych drugich to zdecydowanie polecam takie, które są zmywalne J

Ciastolina, plastelina – ma jeden minus i chyba tylko jeden… po zabawie jest wszędzie – podłoga, kanapa, spodnie, bluzki, włosy, meble i inne mniej lub bardziej popularne miejsca – jest wszędzie. Bawić się nią można wszędzie, ulepić z niej można niemalże wszystko, ponownie ograniczeniem jest jedynie wyobraźnia nasza lub wyobraźnia dziecka. Chcesz ulepić „śniadanie” – proszę bardzo, stado koni, nie ma problemu, można niemalże wszystko. Osobiście gorąco polecam. Oczywiście można spotkać na rynku lepszą i gorszą, taką co się chce lepić i taką, która nie do końca się dobrze lepi.

Klocki – marzenie faceta… no dobrze, przynajmniej moje.. klocki są kolejną zabawką, która nie ogranicza się do jednej funkcji, niezależnie od tego jako co je kupujemy – farmę, pociąg, statek piracki czy sokoła millenium, zawsze można z nich zrobić coś innego i to jest w nich piękne. Moje dzieci bardzo często wracają do tej zabawki, bo w zależności od tego, co aktualnie jest na topie – można to zbudować z klocków. Moje ulubione, oczywiście Lego i tak, swoją miłość do Lego wpajam dzieciakom. Jakoś inne do tej pory nie przekonały mnie do siebie, choć mamy również klocki drewniane, które od czasu do czasu są wykorzystywane w zabawie.

c.d.n.IMG_2578

Chcesz mi zabrać sukces?

78HChcesz zabrać mi sukces?

Ojców sukcesu zazwyczaj jest wielu ale czy zawsze sukces oznacza to samo? W wielu korpo sukces jest ciężki do zdefiniowania, albo inaczej, sukcesem może być wszystko, o ile się to dobrze sprzeda. Wprowadziłem nowy proces, zaprojektowałem, przygotowałem, dałem do wdrożenia.. proces obowiązywał przez miesiąc i…. nic…. Oczywiście pomimo mojego nalegania, nikt nie chciał słyszeć o szkoleniach. Wyszła sucha mailowa komunikacja, której nie przeczytał prawie nikt, co jest typowe dla mailowej komunikacji w korpo. W końcu po miesiącu namów, udało się… cykl szkoleń wewnętrznych, podczas których wyszło, że nikt nie czytał komunikacji – norma, Ci zaś, którzy przeczytali i spróbowali, stwierdzili, że proces naprawdę fajny i prosty. Później szkolenie zewnętrzne dla sieci sprzedaży partnera i ustalanie kto jedzie prowadzić szkolenie. Mi, prawdę mówiąc, nie bardzo się chciało ale zostałem poproszony. Dzwonię do kolegi, celem ustalenia kwestii związanych ze szkoleniem i słyszę… najpierw ciszę, a później: „Słuchaj, mamy dwa tematy a osób do prezentacji trzy, czyli jednak jedziesz, bo chcesz zabrać mi temat i sukces tak?” trochę mnie zatkało, ale po chwili zacząłem się śmiać….. jaki kur…a… sukces? Jedziemy szkolić sieć, aby zaczęła sprzedawać, nie jechać lansować się i mówić jaki zajebisty nowy proces wprowadziliśmy, tylko przeszkolić ludzi. Skąd ta tendencja u korpoludków do ogłaszania sukcesów, w momencie, kiedy nie wiadomo, czy rzeczywiście to będzie sukces? Skąd usilna potrzeba zaznaczenia swojej obecności w najbardziej idiotyczny sposób? Ba, ludzie „normalni” widzą to, takim, jakie jest… kiedy dowiedzieli się, że ów ojciec ma przyjechać, to pierwszym pytaniem, jakie padło było: czy znów przyjeżdża chwalić się kolejnym sukcesem?

To, czy będzie to proces fajny, pokaże dopiero sieć, jeśli zacznie z niego korzystać i przekuje to na biznes. Skąd biorą się w korporacjach ludzie, którzy zamiast wziąć się do roboty, myślą jedynie o tym, aby pokazać się, w każdym projekcie i w odpowiednim momencie wystąpić z szeregu aby przyjąć gratulacje? Pal ich licho, jeśli by jeszcze spokojnie cicho siedzieli na dupach i nie przeszkadzali, a na koniec jedynie wypinając pierś do orderu. Niestety dodatkowo często wszystko komplikują, wietrzą spiski i doszukują się tajemniczego „ktosia”, który może o coś tam zapytać i na pewno ów „ktoś” będzie pytał o dziwne rzeczy, i na pewno również będzie miał coś przeciw temu projektowi/produktowi/procesowi. Ów tajemniczy „ktoś” jest oczywiście jedynie znany owemu lanserowi, więc musi mieszać w ustaleniach i niepotrzebnie włączać się do rozmów, na tematy, o których nie ma zielonego pojęcia i zwyczajnie niewiele rozumie. Jeszcze ciekawiej jest, kiedy ów ojciec sukcesu, zna jakiś produkt i za wszelką cenę chce porównywać każdy inny produkt właśnie z tym, który zna…. Nie pomagają wtedy informacje, że stara się porównywać jabłka z gruszkami i tak się nie da, bo znów z jego rękawa wyskakuje tajemniczy „ktoś”, kto na pewno o to spyta i MUSIMY, powtarzam MUSIMY porównać owe jabłka z gruszkami, bo przecież, jak tego nie zrobimy, to „ktoś” zablokuje projekt.. Cóż każda korpo ma swoich „ojców i matki sukcesu”, życzę wszystkim jedynie takich, którzy pałają żądzą odznaczeń, ale nie starają się na siłę „pomagać”, oraz chwalą się sukcesami, które naprawdę nimi są.

 

 

Być korpotatą i nie zwariować..

Żona ledwie zipie… i nie sposób jej za to winić, wszak siedzenie z jednym lub czasem z dwójką, kiedy starsze chore, 24/7, nie należy do rytuałów relaksacyjnych. Od razu myślisz, trzeba jej pomóc, jakoś ją odciążyć, wrócić wcześniej z roboty, rano wyjść później, ogarnąć dom, dzieciaki itd., ograniczać wyjazdy służbowe, a najlepiej w ogóle je olać. Cóż wszak to Twoja żona i Twoje dzieciaki, więc cel nadrzędny. Z drugiej strony, jak długo moja organizacja będzie to akceptowała, jak długo będę mógł wymigiwać się z podróży służbowych, czy nie zapomni o tym przy wypłacie bonusów, niestety są uznaniowe…. Nagle pojawia się opcja wyjazdu na…. 2 tygodnie…. do centrali grupy, cóż jak się chce prowadzić projekt międzynarodowy, to się prowadzi ale czasem ruszyć cztery litery trzeba. Nie żebym nie chciał, bo chyba oczywiste, że chcę… ale to tak trochę chcę i nie chcę, a może chcę ale trochę się boję.. i nie chodzi o strach przed wyjazdem i bazowaniu na komunikacji z użyciem języków obcych w centrali, bo takich wiele już odbyłem. Chodzi tu o strach innego typu – o to, co zastanę po powrocie i czy będę miał do czego wracać ;)… w najlepszym razie dzieciaki w bidulu, a żona w psychiatryku…  Niestety nie jestem typem mojego ojca, który po powrocie z pracy o godz. 20-21 włączał telewizor, jadł obiad i tyle, po czym wychodził o 6 do pracy. Ja lubię moje dzieci, lubię spędzać z nimi czas, co więcej lubię również spędzać czas z moją żoną, co też nie jest typowe. Z pełną świadomością użyłem sformułowania lubię, zamiast kocham… można kogoś kochać ale wspólne spędzanie czasu, nie zawsze musi dawać satysfakcję. Tak, wiem, jestem dziwny. Ale czasem po prostu sam nie wiesz, co masz zrobić, w jaki sposób znaleźć złoty środek i pogodzić interesy wszystkich stron, a także, jak pogodzić wewnętrzne pragnienia. Z jednej strony pracować, rozwijać się zawodowo, angażować w projekty, z drugiej strony być wsparciem dla żony i przede wszystkim mężem, z trzeciej być ojcem, a nie portfelem dla dzieci. Owszem 99% osób powie, rodzina jest najważniejsza ale to również oznacza utrzymanie tej rodziny, co za tym idzie zaangażowanie zawodowe to nie jedynie wybór mój, ale również chęć zapewnienia przyszłości swojej rodzinie, bo nie oszukujmy się, nie samą miłością człowiek żyje i ową miłością rodziny utrzymać się nie da. Ciągle poszukuję kompromisu i staram się w tym wszystkim odnaleźć, cóż, życie to kwestia wyborów. Raz idzie mi lepiej, raz gorzej, niektóre wybory są dla mojej rodziny kompletnie niezrozumiałe, tak samo jak i część ich wyborów niekoniecznie rozumiem ja. Ważne jest, aby myśleć o tym, że owe wybory drugiej osoby nie służą jedynie egoistycznym pobudkom, ale podyktowane są dobrem ogółu. Swoją drogą, czasem egoizm nie jest taki zły… 🙂