Jestem zmęczony…

Stwierdzenie mocno nadużywane przez nas na każdym etapie życia. Czy mamy lat naście, czy 30, ciągle lubimy mówić, że jesteśmy zmęczeni. Oczywiście kwestia zmęczenia jest subiektywna i podobnie, jak pozostałe granice, można ją przesuwać i to właśnie dzieje się na przestrzeni lat. Kiedy mamy lat naście wracamy ze szkoły i mówimy, nie będę teraz odrabiał lekcji, nie posprzątam, bo zmęczony jestem. Oczywiście owe zmęczenie nie przeszkadza w grze na konsoli czy oglądaniu filmów, tudzież wyjściu do kolegów. Sytuacja się trochę zmienia na studiach, oczywiście tekst jest ten sam ale tutaj jednak tej nauki wydaje się, przynajmniej okresowo (przed sesją), trochę więcej, więc słowa te niby są bardziej uzasadnione. Mijają lata, idziemy do pracy, wracamy z pracy i tekst się powtarza… jestem zmęczony. Zbyt zmęczony na obowiązki domowe, zbyt zmęczony na wyjście ze znajomymi, zbyt zmęczony na….życie? Niestety owe zmęczenie jest dla nas wytłumaczeniem dla… lenistwa. Zmęczenie na początku, to nie zmęczenie, to jedynie nasze dziwne, nie wiem czym uwarunkowane lenistwo. Nie wiem, czy to kwestia wychowania, gdzie rodzice pozwalają nam na spędzanie godzin przed ekranami komputerów i od razu tłumaczą nas od najmłodszych lat mówiąc, o byłeś w szkole, przedszkolu, na uczelni to jesteś zmęczony… odpocznij. Co za tym idzie to sformułowanie zaczyna rządzić naszym życiem i staje się fantastyczną wymówką dla owego lenistwa. Nie mamy często wpojonego aktywnego odpoczynku, czerpania przyjemności z zajęć pozaszkolnych, pracowych, realizowania swoich zainteresowań, co powinno być tak naprawdę właśnie elementem odpoczynku. Niestety w momencie, kiedy zaczynamy pracę, jest już za późno, nie odnajdujemy odpoczynku w żadnych zajęciach poza kanapą i serialem, facebookiem lub konsolą. Tak ułożeni, tkwimy w naszym wygodnym, zmęczonym życiu aż zakładamy rodziny i pojawiają się dzieci i pojawia się problem. Nagle dostrzegamy, że zmęczenie dopiero jest przed nami. Wcześniej byliśmy zmęczeni ślęczeniem pół nocy oglądając 10 odcinków ulubionego serialu lub grając w sieci, teraz również ślęczymy pół nocy ale nie nad naszymi przyjemnościami i ów poziom zmęczenia powoli zaczyna wyprowadzać nas z równowagi. Wszak zmęczenie nie jest spowodowane naszą przyjemnością, a obowiązkami, co więcej czas na przyjemności zdecydowanie się ogranicza. Na pewno poziom zmęczenia rośnie wraz z wiekiem i przekładają się na niego liczne nasze sprawy oraz dzieci. Aktualnie mój poziom zmęczenia jest taki, że już powoli przestaję używać sformułowania jestem zmęczony, bo po co, czy to coś zmieni? Nie. Wszystko staje mi się coraz bardziej obojętne i skupiam się na realizowaniu swoich obowiązków, czy mam czas na serial, film, pewnie bym go znalazł, jakbym się uparł tylko, że mi się nawet nie chce włączać telewizora, konsoli, bo wiem, że będzie to czas, który mogę poświęcić na…. Sen…. Zajęcia, które kiedyś wydawały mi się męczące, ba często były powodem owego zmęczenia – zajęcia dodatkowe, nauka języków, szkoła, aktywność fizyczna, stają się odskocznią od codzienności i czymś, gdybym miał oczywiście czas, co dawałoby mi redukcję owego zmęczenia i to w stopniu znacznym. Wszyscy rodzice niezależnie od ilości dzieci zapewne mówią to samo ale nawet i tutaj można dostrzec różne sytuacje życiowe, część z nich, a pewnie nawet większość ma babcie i dziadków, którzy z miłą chęcią wspomogą, zabiorą dzieciaki na weekend, przyjadą na wieczór, żeby zmęczeni rodzice znaleźli czas dla siebie, czy nawet ugotują obiad, często tego typu pomocy młodzi rodzice nie dostrzegają i uznają to jako coś naturalnego i normalnego, nie myślą lub nie chcą myśleć jak to jest żyć bez takiej pomocy. Powiem Wam, jak to jest żyć z dwójką dzieciaków bez pomocy rodziców, z dwójką dzieciaków, które nie chodzą do przedszkoli, czy żłobków, bo sami jesteśmy w takiej sytuacji…. Najlepszym określeniem sytuacji, jak to jest będzie…  Jestem zmęczony, cholernie zmęczony… J

Co ciekawe nie jest to stan, który tak po prostu przeminie i będzie czas na odpoczynek. Zmęczenie tego typu jest stanem permanentnym, ponieważ takie właśnie jest życie i trzeba się z tym pogodzić J, zaakceptować i zrozumieć, że to właśnie tak, od teraz będzie wyglądało Twoje życie i musisz nauczyć się znajdować czas na odpoczynek i lepiej, jeśli będzie to odpoczynek aktywny, angażujący Cię w działania samorozwojowe, dzięki temu może uda się uniknąć myśli o bezsensie egzystencji i skradzionym życiu przez dwa małe wampiry energetyczne..

Dyscyplina – słowo, które znika z naszego słownika

Bez dwóch zdań, tytuł mi wyszedł… nie ma to jak dobry rym na początek ale teraz przejdźmy do tematu właściwego.

„Kacperku zostaw to, bo jak nie, to zaraz pójdziemy do domu!” ….. po chwili „no dobrze pobaw się tym ale tylko przez chwilkę”

„Karolinko, nie wolno, nie będzie dzisiaj bajki!”….. 2 minuty później „już nie płacz będzie bajka, albo dwie, bo jesteś taka smutna”

„Przeproś Juzie, bo nie dostaniesz batonika!”…. „następnym razem przeprosi…. Proszę tu batonik”

Tak, to tylko przykłady gróźb bez pokrycia, ile razy słyszałem podobne na placu zabaw i dzieci reagujące śmiechem na tego typu „groźby”… a jeśli nie śmiechem, to histerycznym płaczem, biciem, lub innymi zachowaniami spoza kanonu akceptowalnych, które rodzice i tak łagodzą dając owego batonika, włączając bajki, czy wracając na plac zabaw na kolejne 5 minut. Dlaczego, ponieważ nie chcą, albo zwyczajnie boją się konfrontacji z dzieckiem. Bo jak to będzie wyglądało, kiedy my się zdenerwujemy, dziecko będzie płakało i każdy pomyśli, że jesteśmy złymi rodzicami. Ma to co prawda drugą stronę medalu, dzięki temu dziecko, nigdy nie będzie się słuchać, a my będziemy to usprawiedliwiać, bo ono takie jest, aktywne, musi się wybiegać, ma taki charakter, itd.. To my, rodzice, tworzymy nagminnie nieposłuszne dzieci, dzieci same się takie nie robią i musimy sobie to uzmysłowić. Szlag mnie trafia, kiedy słyszę bezustanne usprawiedliwienia rodziców nieodpowiedniego zachowania dzieci, w stylu – „jest niewyspany”, „oj dzisiaj ma takiego maruda”, „nie spał w ciągu dnia”, itd. Powiem jedno… B Z D U R A… to najczęściej jedynie usprawiedliwienie naszego braku wpływu na dziecko (żeby nie było, tak dzieci czasem mają gorsze dni ale…. Czasem)

Problemem jest jedynie to, że istnieje coś takiego jak dyscyplina i konsekwencja, czyli słowa, które stają się coraz bardziej zapomniane przez dzisiejszych rodziców. To określenie jasnych zasad i ich respektowanie daje nam poczucie rodzicielstwa i wychowywania naszych pociech, a naszym dzieciom z kolei poczucie bezpieczeństwa. My mamy ustalić te normy i egzekwować ich respektowanie, jeśli tego nie robimy, nie jesteśmy nikim innym, jak kolejnym super kolegą dla naszych dzieci, a brak poczucia bezpieczeństwa i norm, gwarantuje nam kolejne fale nieposłuszeństwa, histerii i buntu. Przeszliśmy przez tę drogę wdrażania dyscypliny, na szczęście z powodzeniem, ale nie była to wcale droga lekka, łatwa i przyjemna, a wybrukowana ostrymi kłótniami, nie tylko z dziećmi, niefajnymi weekendami, rezygnacją z niektórych ciekawych rzeczy. To co udało nam się wdrożyć, to posłuszeństwo dzieci i zredukowanie zachowań histerycznych do minimum. To nie jest tak, że dziecko w ogóle nie będzie się buntować, ma przecież swoje uczucia i jakoś musi je odreagować, a czasem to jedyny sposób, jaki zna. Nie mamy jednak problemów z wykonywaniem przez młodą poleceń, słuchaniem się, czy nauką kultury w relacjach międzyludzkich. Moje dziecko wie, że jeśli coś powiem, to nie rzucam słów na wiatr i to co powiem, będzie miało realne następstwa. Młoda doskonale wie, kiedy żartuję, a kiedy mówimy sobie koniec żartów, zna swoje obowiązki i potrafi sama posprzątać swoje zabawki. Nie ucieka, nie krzyczy, nie płacze na spacerach, nie ma mowy o nieposłuszeństwie. Sam również wiem, że ta praca nie kończy się jednego dnia, a trwa cały czas, ponieważ to właśnie konsekwencja utrwala ową pracę. Nie możemy odpuścić w jednym temacie, bo zaczynamy być testowani przez dziecko, czy aby w innych to nie zadziała. Na szczęście nie mamy już do czynienia z sytuacjami, kiedy dziecko wyje, bije i pluje, a rodzice szarpią się z nim przy pogardliwych spojrzeniach pozostałych. Niesamowite jest również to, że każdy z rodziców myśli, boże jakie te dzieci innych są niegrzeczne, podczas kiedy jego własne, zwyczajnie mają… „gorszy dzień”….codziennie. Dyscyplina i konsekwencja to nie są terminy z poprzedniej epoki i nie odeszły wraz z nią do lamusa. My rodzice musimy o tym pamiętać i nie dajmy się nabrać na bezstresowe wychowanie, bo to nie dzieci rządzą naszym życiem, a my uczymy życia nasze dzieci i wcale nie potrzebujemy do tego Superniani.

sownik-wyrazw-obcych-pwn-z-przykadami-i-poradami-oprawa-mikka_10582

Orlik – Miasteczko Wilanów

Koniec lata ale pogoda w dalszym ciągu dość dobra, aby odwiedzić plac zabaw. Dziś na tapetę wrzucam Orlika w Miasteczku Wilanów.

Chyba najczęściej odwiedzany przez nas plac zabaw, oczywiście głównie ze względu na niewielką odległość od miejsca zamieszkania. Na pewno jest to miejsce dość licznie odwiedzane przez wilanowskie dzieciaki z rodzicami. Nie dziwi to, ponieważ z jednej strony jest tu plac zabaw, z drugiej boisko do piłki nożnej oraz koszykówki i kilka przyrządów do ćwiczeń siłowych. Zaletą tego placu zabaw jest podział na część dla dzieci większych (4-10) i mniejszych (1-4). Obie części są ogrodzone i zamykane na furtki, aby dotrzeć do części dla młodszych dzieci, trzeba przejść przez tę dla dzieci większych. Plac dla dzieci większych, to przyrządy bazujące na nauce wspinania się, utrzymywania równowagi, itd. Dużo tutaj różnego typu drabinek, mostów, ścianek wspinaczkowych, itd. Zaletą jest również to, że cały plac zabaw wyłożony jest tartanem, tudzież innym materiałem, na który spokojnie można się przewracać, bez ryzyka mocnych obić i otwartych złamań.

Miejsce: Miasteczko Wilanów, na końcu ulicy Adama Worobczuka, która jest równoległa do ul. Hlonda.

mapa orlik wilanów

Zabawki część (4-10l):

Drabinki różnego typu jedne metalowe, inne sznurowe. Młoda uwielbia tę część i widzę, że im jest starsza tym większą radość sprawia jej wspinanie się po drabinkach, linach, ściankach.

IMG_2061

IMG_2058

Huśtawki sztuk dwie – bez oparcia dla starszych dzieci. Na szczęście starsze dzieci wolą się wspinać i biegać, więc nie ma zbyt dużej kolejki do tych huśtawek. Kolejnym plusem jest to, że młoda nauczyła się już huśtać i nie boi się huśtawek bez oparcia, więc problem z kolejkami do huśtawek z oparciem powoli się rozwiązuje.

IMG_2056

Zjeżdżalnia połączona z drabinkami, trzeba trochę popracować i powspinać się, żeby z niej zjechać.

Karuzela – typowa karuzela bez udziwnień.

IMG_2060

Zabawki część (1-4l)

Huśtawki sztuk 2 z oparciem, więc jak można łatwo się domyślić są przedmiotem pożądania i histerii wszelakich.

IMG_2064

Zjeżdżalnia, sztuk 1 cieszy się niesłabnącą popularnością ale nie jest to przyrząd, o który trzeba walczyć.

IMG_2062

Samochód: samochód jest obiektem westchnień wszystkich maluchów, niezależnie od wieku i płci, każdy o niego walczy, więc podobnie jak z huśtawkami przygoda z nim może się zakończyć histerią lub bójką.

IMG_2065

Domek: domek czyli miejsce, gdzie przygotowuje się różne pyszne wypieki i można dokonać wielu transakcji barterowych – łopatka za grabki, itd.

IMG_2063

Piaskownica: Duża okrągła, piasek przyjemny. Dużo pozostawionych tam zabawek, stolik do robienia babek, przesypywania piasku, itd. pomieści się w niej spora ilość młodych fanów zabaw z piaskiem.

IMG_2068

Huśtawki sprężynowe: oczywiście kilka tego typu urządzeń rozmieszczonych na całym placu.

IMG_2066

Ławki: jest całkiem sporo ławek, gdzie rodzice mogą sobie usiąść, część z nich znajduje się nawet pod drzewami, gdzie można zaznać odrobiny cienia w upalne dni.

Co w okolicy? W bezpośrednim sąsiedztwie jedynie boisko do gry w piłkę nożną i koszykową oraz…. Ważna informacja – toaleta i parking na kilka samochodów.

Kilka minut spacerkiem od placu znajdziemy również sklep spożywczy, a nawet kilka. Niestety nie uświadczymy tutaj kawiarni, czy restauracji. Najbliższa restauracja (bar) to jadalnia popularna przy al. Rzeczypospolitej (całkiem smacznie i niedrogo ale klimat jak na jadalnię przystało), kawałek dalej jest Basico – bardzo smaczna kuchnia włoska oraz Bistecca, czyli steki i mięcho, również godna polecenia. Oczywiście nie można zapomnieć o największej atrakcji Wilanowa, czyli wyciskarce…. wróć, Świątyni Opatrzności.

Czas wolny -…yyy…. jaki czas?

Tak znałem takie określenie kilka lat temu. Gdybym w wieku lat nastu, tudzież wczesnej 20-tki wiedział, jak będzie wyglądało życie z dwójką dzieci na pewno nie marnotrawiłbym czasu, jak to robiłem wtedy. Lenistwo było moim drugim imieniem i niestety dopiero teraz widzę, ile rzeczy mogłem zrobić, a nie podjąłem lub nie kontynuowałem tylko i wyłącznie ze względu na swoje lenistwo. Wybierałem zawsze „ciekawsze rzeczy”, niż nauka języków, szkolenia, tudzież uprawianie części sportów, niektórych nie wybierałem z powodu lenistwa, innych z powodu wychowania i rodziców. Po tylu latach widzę, ile błędów popełniłem, a które teraz chciałbym nadrobić. Z uporem biorę się za naukę języków, która zawsze przychodziła mi z łatwością, robię studia podyplomowe, szukam kolejnych możliwości rozwoju tylko, że…. czasu tak jakby jest coraz mniej. Praca, a przede wszystkim, codzienne obowiązki domowo-rodzinne, nie są sprzymierzeńcami czasu wolnego, którego aktualnie brakuje mi nawet na owe lenistwo. Zaczynam łapać się na tym, że nawet jak w końcu uda mi się wygospodarować kilkadziesiąt minut ok. 23, to wolę…. Iść spać. Życie rodzinne to ponoć kwestia przewartościowania priorytetów i skupieniu się na rodzinie. Owszem zgadzam się z tym ale często życie rodzinne to rezygnacja z siebie, ze swojego czasu wolnego, ze swoich pasji, a z tym pogodzić się nie mogę. Jeśli pogrzebię ostatnie swoje zainteresowania, jeśli zrezygnuję z ostatniej godziny czasu wolnego, to zwyczajnie powoli zacznę umierać ja, jako osoba, którą byłem i którą nadal chcę być. Nie chcę żyć jedynie dla dzieci, chcę również mieć czas wolny dla siebie, dla swoich pasji i dla żony. Wraz z żoną wielokrotnie siadaliśmy do rozmów, ba nawet rozpisywaliśmy plany, co, kiedy i gdzie coś robimy „swojego” ale niestety równie szybko zapał mijał, bo codzienne obowiązki zabijały motywację. To trochę przykre, że nie potrafimy się sami zmotywować i powalczyć o nasz czas wolny, coraz częściej widzę, szczególnie w kobietach tendencję do zapominania o swoich potrzebach i poświęcania się w całości domowi i dzieciom. Z drugiej jednak strony, nie dziwi mnie to, bo po całym dniu spędzonym w domu z dziećmi, nie zawsze ma się siłę na wyjście do znajomych, siłownię, czy bieganie. Facet ma trochę łatwiej, bardzo często my, jesteśmy w stanie zwyczajnie olać fakt, że jest bałagan, że naczynia nie pozmywane, z myślą, że albo sprzątniemy później, albo jutro. Kobiety tak nie potrafią, a przynajmniej moja żona, jeśli jest coś do zrobienia, cokolwiek, a nie zapominajmy, że w domu, przy dwójce dzieci jest zawsze coś do zrobienia, to zwyczajnie musi być zrobione, kosztem wszystkiego, łącznie z wcześniej zaplanowanym swoim czasem wolnym. W ramach kurczącego się czasu wolnego i konieczności zrezygnowania z części moich zainteresowań, podjąłem nowe wyzwanie, które na początku wydaje się mniej czasochłonne i nie wymagające sprzętu i specjalnych przygotowań. Nie mogę powiedzieć, że uległem modzie, bo gdyby nie brak czasu, nigdy bym się tego nie podjął, ale tak… zacząłem biegać. Na szczęście nie wymaga to, póki co, specjalnego planowania, więc wpisuje się w moją obecną sytuację idealnie. Swoją drogą, czy rzeczywiście zaplanowanie wszystkiego w najmniejszym szczególe jest słuszne i pomoże w organizacji czasu wolnego? Czy takie życie z planem w ręku jest fajne? Najczęściej aktualnie widzę, że z planami jest tak, że są jedynie po to, aby je zmieniać. Najważniejsza w tym wszystkim jest zwyczajna międzyludzka komunikacja, aby się wspólnie zmotywować i wesprzeć w ciężkich momentach.

czas wolny

Idole naszych dzieci

Świat sportu i popkultury systematycznie tworzy ikony, które mają stać się idolami naszych dzieci. Obserwując ten trend mam wrażenie, że jednak sportowcy coraz częściej walczą o pozycję w sposób nieszablonowy i taki, jaki oczekują rodzice dla swoich dzieci, oczywiście sportowcy robią to przy niewątpliwym wsparciu agencji PRowych i wizerunkowych. Wracając jednak na chwilę do świata muzyki, takie postaci, jak Justin Bieber, czy Miley Cyrus napawają mnie obrzydzeniem i kiedy myślę, że „młoda” mogłaby mieć ich plakaty na ścianach to jestem załamany, a fakt, że świat godzi się na promowanie muzyki skierowanej głównie do nastolatków w taki sposób jest dla mnie niezrozumiały. Wszak najpierw trąbimy, że to niedopuszczalne, po czym sami promujemy przedmiotowe podejście do seksu i relacje międzyludzkie o mocnym zabarwieniu erotycznym. Za czasów mojej młodości idole popkultury proponowani nastolatkom, byli mocno ugrzecznieni: NKOTB, Kelly Family, jedynie w obszarze muzyki rockowej dało się zauważyć incydentalne zachowania, które w dzisiejszych czasach są podstawą wizerunku scenicznego. A może po prostu aktualnie dostęp do informacji i śledzenie życia prywatnego gwiazd jest na tyle łatwe, że wszystko to miało miejsce również w latach 90, ale nie o wszystkim można było przeczytać w Bravo lub Popcornie. Raczej nie, ponieważ tego typu zachowania były zwyczajnie piętnowane i skandal nie dodawał publiczności i zwolenników.

Coraz więcej sympatii zaczynam mieć dla sportowców i piłkarzy raczej tych topowych, ponieważ niestety nasi lokalni gwiazdorzy, kończą na gwiazdorzeniu, przy najwyżej przeciętnych umiejętnościach piłkarskich. O ile przyjrzymy się dwóm czołowym gwiazdom piłkarskiego świata, zauważymy pewnego rodzaju metamorfozę, coraz mniej gwiazdorzenia, coraz więcej pracy i budowania pozytywnego wizerunku. W ostatnim czasie na kolana rzucili mnie Cristiano Ronaldo (do którego moje nastawienie od kilku lat powoli się zmienia, ponieważ jako fan Barcelony, nie byłem zwolennikiem CR7), swoją obroną japońskiego chłopca, który starał się porozmawiać ze swoim idolem w języku portugalskim, ku uciesze rozbawionej publiczności, oraz Louis Suarez, znany z gryzienia, napastnik Dumy Katalonii wsparł w drodze do zdrowia chłopca chorego na raka. Wsparcie jakie pokazali obaj Panowie młodzieży w trudnym momencie, pokazuje, że nasi idole ewoluują i potrafią naprawdę stać się wzorami do naśladowania. Kilka słów z ust takich osób, do młodzieży jest w stanie bardzo pozytywnie wpłynąć na ich przyszłość i motywację. W przypadku japońskiego chłopca, nie zdziwiłbym się, jeśli nauczy się portugalskiego zdecydowanie szybciej, dzięki takiej motywacji, a Mateo z Urugwaju, na pewno zyska nowych sił w walce z chorobą. Można by powiedzieć, dlaczego nie opłacili lekcji portugalskiego, czy Suarez z kolei nie zapłacił za kurację chłopca? Ale czy naprawdę o to chodzi, potrzebujących na świecie jest wielu, niewątpliwie każdy ze sportowców udziela się charytatywnie, bo wymagane jest to przez środowisko sponsorskie. Pytanie brzmi, co jest lepsze, czy nastolatkowie na scenie, zachowujący się w sposób wulgarny i nic nie wnoszący ponad to. Czy wykreowany przez agencje wizerunek sportowca, który do wszystkiego musiał dojść ciężką pracą, swoje całe życie układa pod treningi, oczywiście za niemałe pieniądze. Z perspektywy rodzica, wiedziałbym jakiego idola wybrać dla swoich dzieci. Będę się oczywiście starał wpajać im odpowiednie wzorce zachowań, jednakże znając życie, idole moich pociech, nie przypadną mi do gustu.

Projekt: nowe ulubione korposłówko

Nad specyfiką pracy w korporacji od lat pracują psycholodzy, ekonomiści, guru zarządzania, itd., co za tym idzie systematycznie pojawia się coś nowego, co ma usprawnić, ułatwić, zoptymalizować i zrewolucjonizować proces kopiuj/wklej. Ostatnimi czasy korpoświat oszalał na punkcie projektów, czego by się nie robiło, to projekt, począwszy od wdrożenia produktu, przeprowadzenia szkolenia, przygotowania materiałów marketingowych, kończąc na porannej kawie i porannej (słowo na K), wszystko jest projektem. Firmy nie szukają już sprzedawców, handlowców, key accountów, kierowników rozwoju biznesu, aktualnie na stanowiska sprzedażowe poszukują… kierowników projektu. Niestety w większości z owych korporacji zarządzanie projektami kończy się na samej nazwie stanowiska kierownika projektu, ponieważ i tak robi on dokładnie to samo, co robił 3, 4 i 7 lat temu i przez te kilka lat, zmieniała się jedynie nomenklatura. Ale jak powszechnie wiadomo, w korporacji wszystko musi być akuratne i na czasie, bo skoro wszyscy zarządzają projektami, to musimy i my! Nie możemy pokazać, że jesteśmy gorsi. Co ciekawsze, jak już organizacja wpadnie w pułapkę nazewnictwa, to brnie w nią za wszelką cenę, choćby nie miało to najmniejszego sensu, bo przecież to projekt, a jeśli projekt dodatkowo ma fajną nazwę, to nie można go odpuścić. Kilka tygodni temu, w celu optymalizacji procesu weryfikacji umów, rzucony został pomysł, w jaki sposób premiować tych doradców, którzy błędów przy zawieraniu umów popełniają najmniej… pomysł został nazwany i oczywiście potraktowany jako projekt, pod świetną nazwą „supersprzedawca”. Po krótkiej analizie okazało się, że proces weryfikacji umów, a właściwie jego ludzki czynnik w postaci osób, które sprawdzają umowy, same nagradzają doradców, którzy tych błędów robią mało i czasem zwyczajnie pozwalają im donieść coś później… co więcej ujmowanie czegoś, co funkcjonuje relacyjnie w sztywne sformalizowane ramy, powodowało, że konieczna zmiana dotykałaby całego procesu sprzedażowego, więc założenia wstępne pomysłu (projektu) trochę się rozjechały. Niestety pomysł został jednak sprzedany dalej i na tyle się spodobał Zarządowi, że nie można tak sobie po prostu odpuścić „projektu supersprzedawcy”, wszak to projekt i to projekt o super nazwie…

Czym się różni praca w formie projektów w mojej korpo, od tego, co robiliśmy wcześniej? Niczym… robimy dokładnie to samo, tylko aktualnie nazywamy to projektem. Żeby nie było, że nie wiem co to jest, że się nie znam i w ogóle… tak jakby, na projektach pracuję od wielu lat i również jestem wykształcony w tym zakresie. Chodzi jedynie o to, aby nazywać rzeczy po imieniu i pozostawić metkę projekt na coś naprawdę istotnego. W chwili obecnej na rynku każda jedna czynność jest częścią projektu, a każdy pracownik jest project managerem. Korporacje zaś tak mocno wierzą w zarządzanie projektowe, że od każdego pracownika, zaczynają wymagać, aby zdobywał odpowiednie kwalifikacje i koniecznie znał się na prowadzeniu projektów. W sumie niezły biznes dla firm szkoleniowych J

Urlop z rodziną – czasem nie jest tak miło

Faktem jest, że chwilę mnie nie było, ponieważ pojechałem na…. urlop…. Wiele osób czeka na ów urlop, jak na zbawienie ale jest również inna grupa, która mówi, że absolutnie na urlop jechać nie chce… dziwne? Niekoniecznie. Przymierzając się do wpisu odnośnie urlopu z dziećmi, sam byłem przed urlopem, chciałem więc napisać, jakie to dziwne i jak wystarczy odrobina chęci, aby cieszyć się urlopem z rodziną, mieć czas na budowanie bliskich relacji, w końcu spędzenie czasu wspólnie, z dala od domu, pracy i obowiązków. Wydawało mi się, że można przecież podzielić ten czas na: dzień, który spędzamy z dzieciakami i wieczór, który spędzamy z naszą drugą połówką. Powiem wprost: myliłem się. Po dwóch tygodniach urlopu jestem… zmęczony i wcale nie było tak pięknie, jak mi się wydawało. Owszem spędziłem czas z rodziną, zbliżyliśmy się do siebie ale ta druga część spędzania wieczorów z żoną, nie wyszła do końca. Z czego to wynika? To wbrew pozorom dość proste… to co dla mnie jest urlopem, czyli wyrwanie się z pracy, spędzanie czasu z dziećmi, w ogóle nie jest urlopem dla mojej żony. Dlaczego? To również dość proste i oczywiste, moja żona jest na urlopie macierzyńskim, czyli ma te dzieci cały czas, ma swój rytm dnia, dzieciaki również mają swój rytm dnia i nagle trzeba się spakować, przygotować do wyjazdu, zabrać wszystko (dosłownie wszystko – coś jakby przenieść dom w inne miejsce) i pojechać 600 km, aby… odpocząć. Odpocząć od czego? Dla mnie wiadomo, od pracy, a dla niej? Hmm… przecież ona jest z dziećmi cały czas, to jak ona ma odpocząć, skoro przenosi się z jednego miejsca, gdzie wszystko zna, w inne, gdzie nie zna niczego, a i tak ma te dzieci niemalże cały czas, więc dalej są dzieciaki, od których odpocząć nie może, pojawiają się dodatkowe czynniki wybijające z rytmu dnia, a i obowiązków związanych z wyjazdem jest niemało. Co więcej, kończy się urlop i wraca do domu, gdzie znów czekają na nią dzieciaki i rytm dnia, który trzeba na nowo ułożyć i kupa dodatkowych obowiązków związanych z powrotem z urlopu. Od razu uprzedzę, żeby nie było, tak, ja również jestem zaangażowany obowiązki związane z wyjazdem i opiekę nad dziećmi ale nie o tym tu mowa. Z mojej perspektywy taki wyjazd jest ok. owszem mam sporo obowiązków związanych z wyjazdem, z dziećmi ale fakt, że coś się zmienia w moim życiu, mam w końcu więcej czasu na zabawy z dziećmi i wyjazd z żoną, możemy w końcu pobyć wszyscy razem, wynagradza mi owe obowiązki. Z perspektywy mojej żony, taki urlop jest…. Koszmarem i wcale jej się nie dziwię. Z jednej strony fakt, można by było to poukładać lepiej i może w planowaniu tkwił nasz błąd ale czy na pewno. Może powinienem wziąć urlop wcześniej i bardziej zaangażować się w pakowanie, może powinniśmy wybrać inne miejsce, bliżej domu, żeby nie jechać tam przez 8h, może powinniśmy wybrać inny hotel, gdzie priorytetem nie jest niemiecki emeryt z zasobnym portfelem, może w końcu powinienem zabierać dzieciaki na cały dzień i spędzać z nimi czas dając odpocząć żonie? Owszem ale w takiej sytuacji urlop musiałby trwać znacznie dłużej, musielibyśmy jeździć ciągle w to samo sprawdzone miejsce i gdzie byłby czas na spędzanie go wspólnie, skoro ja ganiałbym z dziećmi, żeby żona odpoczęła? Nie ganianie z dzieciakami mi nie przeszkadza ale moje ganianie całodniowe na urlopie z dzieciakami, mojej żonie trochę tak, bo przecież chciałaby również spędzić ten urlop z nami. Sytuacja zapewne zmienia się diametralnie, kiedy dzieciaki są starsze, chodzą do przedszkoli/szkół oboje pracujemy zawodowo lub mamy inne zajęcia w ciągu dnia, wtedy taki urlop, rzeczywiście obojgu nam daje oderwanie się od codzienności i spędzanie wspólnego czasu ale w sytuacji, kiedy jedno z rodziców spędza cały czas w domu z dzieciakami, taki urlop będzie dla niego jedynie udręką i dodatkowym obowiązkiem. Owszem wyjściem może być oddzielne spędzanie urlopu, ja jadę z dzieciakami sam, żona z koleżankami, później na odwrót  ale nie o to nam chodziło, bo fajnie jest spędzić ten urlop razem, rodzinnie. Pech chciał, że tym razem po urlopie dzieciaki się rozchorowały, co również nie wpłynęło dobrze na pozytywny odbiór wakacji. Za rok kolejne wakacje, ciekawe czy zdecydujemy się na nie, a jeśli tak, to czy uda nam się podejść lepiej do jego planowania i nie popełnimy tych samych błędów.  Na pewno jedno się zmieni… dzieciaki będą starsze…

Co nas nie zabije…. 🙂

Ps. teraz już wiem, że spędzanie urlopu z jednym niemowlakiem, a niemowlakiem i przedszkolakiem jednocześnie to zupełnie co innego 🙂

IMG_2292

Jedyne co pewne to zmiana struktury

Jedną z ulubionych rzeczy Zarządu w korporacji jest zmiana struktury – oczywiście chodzi jedynie o polityczne rozgrywki i podział stref wpływów, choć robi się to pod płaszczykiem optymalizacji, innowacji oraz dostosowania do warunków rynkowych. W każdej korporacji, w której pracowałem struktura zmieniała się właściwie cały czas, abstrahując od jednej korporacji, gdzie Panowie z Executive Comittee wymieniali się stołkami i obszarami odpowiedzialności co pół roku. Wszelkie tego typu działania najczęściej mają na celu dogodzić przyjaciołom króliczka i ewentualnie dokopać tak zwanej opozycji, o ile istnieje. W większości korporacji z długoletnim doświadczeniem są Ci którzy mają realną władzę i to oni rozdają karty (nie zawsze jest to ten, który w KRS wpisany jest w miejscu Prezes Zarządu) oraz Ci którzy również są umocowani politycznie ale ich umocowanie nie pozwala na realną władzę ale nie pozwoli rozdającym karty na wyeliminowanie. W takiej sytuacji korporacja tkwi w pewnym zawieszeniu, w oczekiwaniu kiedy albo jedni, albo drudzy się wykrwawią, wszak bardzo często w przypadku osób o tak rozbuchanym ego, ciężko jest dojść do porozumienia. Niestety, bo taka jest prawda, wszystko odbywa się kosztem… biznesu i klientów… bo tak naprawdę prowadzi się setki niczego nie wnoszących spotkań, a projekt (modna korporacyjna nazwa) jest przecież priorytetowy i nie będziemy tracić czasu na projekty pro-biznesowe. Większość kluczowych projektów w mojej organizacji jest projektami wewnętrznymi, niezwykle kosztownymi, realizowanymi wewnętrznymi zasobami i nie mającymi nic wspólnego z rozwojem biznesu. Projekty probiznesowe rozwija się po cichu, z boku w ramach kuluarowych rozmów. Wracając do tematu struktury, zmiana struktury w korporacji to również podstawa do cięcia kosztów i pokazania, że i tak ludzie będą pracowali, chociażby im trochę zabrać. Wtedy będzie można na koniec pochwalić się, sprawnie przeprowadzoną restrukturyzacją, która stawia nas w czołówce korporacji w naszym kraju i tak optymalnej struktury, nie ma nikt, co za tym idzie, jesteśmy idealnym pracodawcą roku, nagrodzonym przez 10 czasopism. (o tym w jaki sposób załatwia się tytułu firm, managerów, pracodawców roku napiszę w innym poście) Cóż ludzie i tak będą pracować, bo część z nich zwyczajnie nie ma wyboru, nawet jeśli zdecydują się na przejście do innej korporacji, to będą robili dokładnie to samo, za taką samą stawkę, takie…. Kopiuj, wklej, kopiuj, wklej…  Część tych co wybór ma, nie podejmie go, ponieważ w ich przypadku praca w korporacji, to nic innego jak złote kajdanki, wszak ciężko jest to rzucić i zaczynać od podstaw, rezygnując z pewnego poziomu życia. Czasem jest również tak, że kogoś zwyczajnie boli, że niektórym jest zbyt dobrze i trzeba koniecznie coś zrobić, aby mieli gorzej, więc zmieńmy strukturę, opisy stanowisk i zweryfikujmy, czy aby na takich nowych stanowiskach nie zarabiają zbyt wiele. Reasumując jeśli w korporacji jest super, rynek idzie do przodu, a w zarządzie nie ma rozgrywek politycznych to struktura się rozrasta, tworzone są stanowiska dyrektorskie, kierownicze, itd. Kiedy trzeba ciąć koszty lub kogoś osłabić, to struktura się spłaszcza, zmienia się stanowiska dyrektorskie na kierownicze, kierownicze na specjalistyczne, a przyjaciele króliczka i tak mają to co chcą. Typowy klimat korporacyjny.

Poziom obsługi – problem ogólny

Wykraczając nieco poza tematykę rodzinną, a może w zasadzie i nie wykraczając, ponieważ poziom obsługi jest czymś, co nas dotyka w każdej dziedzinie życia, niezależnie, czy kupujemy buty, samochód, czy idziemy z dzieciakami na basen. Dla mnie poziom obsługi ma kilka wymiarów ten bezpośredni, który jest bardzo ważny, czyli jak jesteśmy obsłużeni w momencie zakupu produktu lub usługi ale jeszcze ważniejsze jest to, co się dzieje w momencie po sprzedaży, tutaj dopiero nasz kontrahent pokazuje prawdziwe oblicze. Kilka ładnych lat temu nabyłem garnitur firmy Diegel, jak na polskie warunki garnitur nie był tani ale zakładałem, że jakość jest warta tej ceny. Niestety po 2 miesiącach materiał przy szwie kieszeni zwyczajnie się rozszedł, moja reklamacja oczywiście została nieuznana, bo przedstawiciel firmy Diegel w Polsce twierdził, że niepotrzebnie nosiłem portfel w tylnej kieszeni, cóż nigdy nie nosiłem i nie zamierzam nosić portfela w tylnej kieszeni. Tym oto przykrym incydentem zakończyła się moja współpraca z firmą Diegel i obiecałem sobie, że choćby nie wiem co, więcej ich garnituru nie założę. Minęło parę lat i będąc w USA kupiłem buty firmy Puma, niestety po ok. 4 miesiącach buty się rozkleiły. Jako, że nie miałem okazji reklamować ich w USA, zwróciłem się do Pumy w Polsce z zapytaniem, co mogę zrobić. Cóż butów zareklamować w Polsce nie mogłem ale aby wyjść naprzeciw klientowi, który nie był zadowolony z produktu otrzymałem rabat na zakupy w sklepie Puma – dzięki czemu, nie obraziłem się na Pumę, choć zakładałem, że i tak reklamacji nie uda się przeprowadzić, bardziej chodziło mi o sprawdzenie w jaki sposób firma podejdzie do klienta. I na koniec trzecia historia, która pokazuje co może zrobić firma, aby klient się do niej przywiązał na długo. Trzy miesiące temu kupiłem spodnie firmy Abercrombie&Fitch, po miesiącu – sytuacja analogiczna do Diegla – materiał rozszedł się przy tylnej kieszeni (nie, nie mam grubego tyłka ;)). Spodnie zwykłe, zakupione do spacerów z dziećmi i zabawy na placu zabaw, więc mówi się trudno ale jak to zwykle ze mną bywa, pomyślałem, sprawdzę, co na to A&F. Wysłałem maila z opisem i zdjęciem uszkodzenia. Po ok. 2h otrzymałem miłą odpowiedź, że jest im przykro, że produkt, który zakupiłem nie spełnia ich wysokich norm jakości i skierują zapytanie do departamentu jakości. Myślę sobie, no dobra, odpisaliście ładnie ale i tak pewnie napiszą, żeby przesłać im spodnie, oni to ocenią i wydadzą swój „werdykt”, który będzie identyczny z tym firmy Diegel sprzed kilku lat. Po paru dniach przychodzi mail, w którym ku swojemu zdziwieniu czytam, że wszystko załatwione i nie muszę im nic przesyłać, ponieważ już wysyłają mi nowy egzemplarz spodni pocztą lotniczą i bardzo przepraszają, że miałem problem z poprzednim! Powiem wprost – kopara mi opadła. Jako człowiek wychowany w czasach  kiedy były kartki, a po papier toaletowy stało się w kolejce, nie zostałem przez nikogo przygotowany do takich standardów. Świat, a w szczególności korporacje rodem z USA, już się nauczyły, w jaki sposób zadbać o klienta, aby do Ciebie wracał, bo lojalny zadowolony klient, przyprowadzi 10 innych, a zniechęcony, owych 10 również zniechęci. Parafrazując klasyka, Firmę poznaje się po tym, jak kończy, a nie jak zaczyna ;). Nie jest to tekst mający na celu promocję, którejkolwiek z wymienionych firm. Chodzi o to, że każdy z nas, ma określone prawa i pomimo tego, że nie jesteśmy nauczeni dochodzenia ich, powinniśmy się przełamać i żądać stosownego zachowania, takie są nasze prawa konsumentów. Dopiero niedawno nauczyłem się również, dochodzenia swoich praw w restauracjach, jeśli coś nie spełnia norm (czasem w ogóle się nie nadaje do zjedzenia), to mogę zwrócić to do kuchni i nie mam obowiązku za to płacić. Jako konsumenci pamiętajmy o tym, że to nie są już czasy, że musimy brać co jest na półkach, w menu i nie wolno nam pisnąć. Firmy zaś muszą się przyzwyczaić, że proces sprzedażowy, nie kończy się z wypchnięciem towaru i otrzymaniem zapłaty ale to permanentny proces pozyskania klienta na lata, bo zadowolony klient wróci, a zignorowany, zignoruje.

Plac zabaw przy ul. Gronowej w Wilanowie

IMG_2012

Plac zabaw przy ul. Gronowej w Wilanowie (niedaleko jeziorka powsińskiego)

Jedną z częstych atrakcji, jakie sobie serwujemy z młodą, to wycieczka rowerowa. Naszą ulubioną, moją na pewno ale córa twierdzi podobnie, trasą jest trasa Wał Zawadowski-Kępa Falenicka-Kępa Oborska-Okrzeszyn-Wilanów. Swoją drogą bardzo polecam, ponieważ jest się gdzie zatrzymać, widoki niczym na wsi, konie, kury, plaże i place zabaw.

Plac zabaw przy ul Gronowej w Wilanowie to dobry przystanek w drodze nad lub znad Wisły dla miłośników rowerowych wycieczek. Jak powszechnie wiadomo, dziecko w foteliku nie chce siedzieć w nieskończoność, a jak jednym z celów do osiągnięcia jest plac zabaw, to i cierpliwość młodej ulega zwiększeniu.

Miejsce: Plac zabaw usytułowany jest w zasadzie przy zbiegu głównych tras rowerowych biegnących nad Wisłę lub nad jeziorko powsinkowskie, przez co głównymi użytkownikami jego są mali rowerzyści. Prawdę mówiąc jest to jeden z moich ulubionych placów zabaw, ponieważ łączę swoją przyjemność w postaci przejażdżki na rowerze, z przyjemnością córy w postaci szaleństw na różnych przyrządach.

Zabawki:

Park podzielony jest na dwie części, dla dzieci większych z parkiem linowym, suwnicą, wieżą, ścianką wspinaczkową i huśtawkami bez oparcia oraz część dla dzieci mniejszych z piaskownicą, karuzelą, domkiem i strefą muzyki.

– park linowy (pajęczyna): dość powszechnie spotykane urządzenie na placach zabaw, jednakże w przypadku Gronowej, jest ona dostosowana dla młodszych dzieci – mniejsze wysokości, gęstszy splot lin, umożliwia spokojne pokonywanie kolejnych przeszkód przez młodsze dzieci. Na całkiem sporej powierzchni, co powoduje, że całkiem dużo dzieci się tam zmieści.

IMG_1987

– suwnica: zabawka ewidentnie dla starszych dzieci. Przypomina bardziej przyrząd na poligonie do treningu żołnierzy, gdzie wisząc należy przejechać określony odcinek.

– wieża ze zjeżdżalniami: ulubiona zabawka młodej, bo wieża nie jest taka niska, trzeba się wspiąć i są dwie zakręcone zjeżdżalnie, którymi można zjechać na dół. Wieża zazwyczaj cieszy się największym powodzeniem.

IMG_1986

– ścianka wspinaczkowa: średniego rozmiaru ścianka, wydaje się ciekawą zabawką, jednakże dla młodej wciąż trochę zbyt dużą. Patrząc na jej zamiłowanie no wspinania się, niedługo stanie się to jej ulubioną rozrywką na placach zabaw.

IMG_1996

– Huśtawki: 2 sztuki huśtawek bez oparcia po stronie dzieci większych, 2 dodatkowe sztuki z oparciem po stronie dzieci mniejszych. Dodatkowo ciekawe huśtawki dwuosobowe.

IMG_1988

– Piaskownica: piasek stanowi podłoże na terenie całego placu, w miejscach, gdzie znajdują się przyrządy do zabawy. Dodatkowo jest piaskownica ale nie wzbudza ona wielkiego entuzjazmu. Ciekawszy wydaje się domek do zabaw w piasku.

IMG_2007

– Strefa muzyki: moim zdaniem niesamowicie pomyślane urządzenia, gdzie można wydobywać dźwięki, z różnego typu bębenków, dzwonków, tub, itd.

IMG_1998

– Domek ze zjeżdżalniami dla młodszych dzieci: standardowe wyposażenie placów zabaw, czyli konstrukcja ze schodkami, domkiem i platformami ze zjeżdżalniami.

IMG_2009

Zalety: fajne miejsce na krótką przerwę i odpoczynek podczas rowerowych wycieczek. Strefa dla mniejszych dzieci znajduje się w osłonie drzew, dzięki czemu można przez chwilę posiedzieć w cieniu. Uwaga, park linowy oraz wieża znajdują się na odsłoniętym placu, przez co mocno nagrzewają się w upalne dni. Jeden z placów, które naprawdę bardzo lubię, pewnie ze względu na możliwość połączenia mojej pasji do jazdy rowerem, z pasją młodej czyli placem zabaw.