Halloween, czyli naprawdę straszny długi weekend

Halloween, czyli naprawdę straszny długi weekend

Zapewne każdy z korporodziców wie, ile znaczy dla nas długi weekend. No dobrze, nie dla wszystkich. Są tacy, którzy zdecydowanie wolą być w pracy, a nie w domu. Tym razem jednak, wyjątkowo, przyjrzyjmy się takim, którzy cenią sobie domowe ognisko i czas spędzony z rodziną. Idealną okazją, by spędzić chwile z bliskimi jest oczywiście długi weekend. Każdy na niego czeka, bo wie, że będzie to kilka dni bez komputera, biurka, 8 kaw i Pana Kanapki. No dobrze,  Pan Kanapka ma swoje zalety.

W tym roku ukochane święto mordoru, czyli Halloween, przypadło w poniedziałek.

Biorąc jeden dzień urlopu, właśnie w ów poniedziałek, zyskujemy aż 4 dni wolnego!

Całą rodzinę ogarnęła wielka radość, kupiono dynie, zaplanowano posiłki, długie spacery, zaległe kupno obuwia zimowego i w ogóle same przyjemności… może nawet Ikea, to było by ukoronowanie tego cudownego czasu…!

Wszystko szło swoim torem. Podniecenie ze zbliżającego się weekendu rosło, nawet ja, zaplanowałem wieczór z kolegami przy piwie, aby w końcu odświeżyć trochę kontakty poza rodzinno-zawodowe. Kiedy tak snułem sobie wieczorne plany, podczas standardowej wizyty u lekarza, młody, nagle zaczął robić się zielony, po czym wyrzucił z siebie strumień cieczy otworem gębowym. Cóż, pomyślałem, wypierając oczywistą diagnozę, czasem tak się zdarza, nie ma co panikować, pewnie zrobiło mu się gorąco, po wejściu do przychodni. Choć podświadomie, od razu wiedziałem co się dzieje, przecież nie raz to przerabialiśmy… rotawirus. Powrót do domu odbył się w niezwykle mdłej atmosferze ale się udało, nawet bez szkód w tapicerce pojazdu, co dla faceta jest niezmiernie ważne!

Oczywistym od razu był podział obowiązków, czyli kiedy nasze pociechy mają rota, śpią ze mną, wywnętrzając się trochę na mnie, trochę na łóżko, cóż normalka… Momentalnie pojawiła się kolejna wizja, skoro on już dostał, to kto będzie następny…? po czym, prawdziwie straszna myśl, oby nie dorwało nas razem, mnie i małżonki, w tym samym czasie… minął piątek, połowa soboty i… coś zaczynamy się źle czuć, ja i żona… nie, to nie może być prawda, na pewno to tylko kwestia frytek, są ciężkostrawne, więc na pewno, nie jest to, to, o czym myślimy, a czego nazwy się nie wymawia.. Powiem Wam tak, noc była trochę zabawna, a trochę straszna, jak na Halloween przystało, bo rzadko odbywamy taką walkę o łazienkę, w zakręty wchodziłem tak, że nawet Kubica byłby ze mnie dumny. Noc minęła dość szybko, ale nie ona była najstraszniejsza, najstraszniejsza była wizja dnia następnego, bo w nocy, dzieci śpią… a w dzień…. nie. Chcecie mieć naprawdę straszne Halloween, spróbujcie opiekować się dwójką dzieciaków z 38 stopniową gorączką, to jest dopiero koszmar. Ale udało się, przeżyliśmy, dzieciaki również.. ale nie był to koniec naszej przygody, ponieważ w poniedziałek, rota upomniał się o ostatnią zdrową osobę, czyli młodą… Później, to już z górki, odkażanie całego domu, tony prania, prasowania, domestosu, itd… aż przyszła środa i po 5 dniach błogiego lenistwa, można spokojnie wrócić do korpo i atakowania targetów! Na koniec pytanie, czy można sobie wymarzyć bardziej straszne Halloween? Owszem można, dobrze, że mnie i żonę, dorwało w nocy, a co by było, gdyby dorwało nas rano? 😉

Korpotata dla Głos Mordoru

Reklamy

Zamiana ról

cropped-tc582o1.jpg

Przez 3 tygodnie miałem okazję poczuć się, jak Pan na włościach, przynajmniej tak mi się wydawało, lub raczej, jak korpomama na codzień. Okoliczności przyrody sprawiły, że zostałem sam, z dzieckiem i nie było to na zasadzie wzięcia urlopu, a regularna praca plus codzienna opieka. Opcję z urlopem, już przerabiałem i owszem jest ciężka, ale to nic w porównaniu z zestawem powiększonym, czyli praca + opieka nad dzieckiem i ogarnięcie domu. To co wielu z nas, facetom, wydaje się, niczym odpoczynek, lub wręcz relaks.. dopiero teraz, pomimo faktu, że nie jestem ojcem z typu, „po pracy jestem zmęczony, więc mam siłę jedynie na gazetę i TV, a w weekend mam swoje zajęcia, bo trzeba odpocząć” i naprawdę staram się angażować w obowiązki domowe, to dostrzegłem w końcu, pewną niepodważalną prawdę. Co innego dostać listę zadań do zrobienia i je wykonać, nawet po pracy, a zupełnie co innego, kiedy tę listę trzeba samemu przygotować i do tego to wszystko ogarnąć i to nie w sytuacji, kiedy siedzimy na urlopie lub L4 w domu, lecz normalnej pełnowymiarowej pracy, to naprawdę ciężkie wyzwanie. Od rana, a własciwie od nocy, bo wciąż mamy na głowie nocne pobudki, jesteś skazany na siebie. O tyle dobrze, że nie doszło do tego przeziębienie, bo wtedy to już zupełnie mało ciekawa perspektywa. Kiedy już uda Ci się dospać do rana, choć rano jest pojęciem względnym, ponieważ dla młodego rano jest zazwyczaj wcześniej, niż moje rano, przychodzi moment, kiedy lądujemy razem w łóżku i staram się złapać jeszcze kilka minut drzemki. Oczywiście jeśli ktoś potrafi spać z palcami w nosie, uszach i przy otwieranych siłą powiekach, to da radę, inaczej, może być ciężko. Dalej ubieranie młodego i siebie, oczywiście trzeba mieć co na siebie i młodego włożyć, więc pranie jest mocno pożądane. Mycie, młodego i siebie…. tak już teraz wiem, jak to jest robić „wszystko” z dzieckiem, spiesząc się do pracy. Do tego trzeba zaplanować młodemu posiłki na cały dzień i nie mówię tu o menu w stylu 1 tydzień – parkówki, 2 tydzień – jajecznica, 3 tydzień – naleśniki, choć mi oczywiście 3 tygodniowa dieta by nie zaszkodziła. Aby te posiłki przygotować trzeba jednak mieć coś w lodówce, więc zakupy również należy wykonać. Popołudnie to już bajka, spacerki, place zabaw, jeszcze trochę zakupów, kolacja, kąpanie, usypianie, sprzątanie i cały wieczór dla siebie, czyli jakieś 30 minut na mycie i golenie.

Na szczęście się udało, żyję i mam się dobrze, ale tak naprawdę, co mi to dało? Zawsze doceniałem żonę i zawsze powtarzam, że wychowywanie dzieci, to ciężka praca. Teraz jednak, zaczynam doceniać ją podwójnie lub nawet potrójnie i chylę czoła przed nią, za wszystko, co robi na co dzień. Wiem też, że przyjście do pracy, po weekendzie, można potraktować, jako odpoczynek, a i motywacja do pracy znacznie się zwiększa. Rozumiem, że obowiązki to nie tylko praca i opieka nad dzieckiem w postaci spaceru na plac zabaw. Trzeba jeszcze tego małego człowieka, nakarmić, ubrać, dzięki czemu nauczyłem się, jak obsługiwać kuchenkę i pralkę! To bardzo pomocna wiedza. W sumie, tego wszystkiego można się nauczyć, ale to co, było najważniejsze, to czas spędzony we dwójkę. Miałem okazję naprawdę aktywnie zająć się młodym. W końcu, byliśmy zdani tylko na siebie i mogliśmy robić to co chcemy, kiedy chcemy, bez dodatkowych komentarzy. To ja podejmowałem decyzje i brałem za nie odpowiedzialność, co zaprocentowało w postaci najczystszej, kiedy młody budzi się w nocy, woła: „tata”, a nie „mama”. 🙂

Korpotata dla Głos Mordoru

Wysyłam rodzinę na wakacje….

Czekając na spotkanie w mekce orków, czyli Galmoku, zacząłem myśleć o pewnej pięknej wizji wakacyjnej, jaką mam przed sobą, czyli odpoczynek od rodziny. Dałem się namówić na pomysł żony, aby sama zabrała dzieciaki na tydzień, żebym ja będę mógł sobie odpocząć. W sumie wybór miała ograniczony, albo wyjedzie, albo zostanie w domu z dwójką, ponieważ w naszym kochanym przedszkolu, na miesiąc przed wakacjami poinformowano nas o planowanym, od dawna, dwutygodniowym remoncie i zamknięciu przedszkola na jego okres… super, wszak na pewno nikt z rodziców nie miał jeszcze zaplanowanych wakacji i tylko czekał na tę, jakże mało istotną, informację z przedszkola, aby wreszcie móc wybrać dogodny termin i zabukować wyjazd. Wróćmy jednak do tematu. Tydzień w domu, sam, bez żony, bez dzieci, tylko do pracy i do domu… toż to prawie jak dodatkowy urlop wypoczynkowy lub gwiazdka w środku lata. Jak na mój gust to zbyt piękne, żeby było prawdziwe, przeanalizujmy zatem co się za tym kryje. Chojna oferta ze strony małżonki ulega dewaluacji, z powodu przedszkola, wszak zostając w domu miałaby dwójke na głowie, dwójka w domu oznacza mocne zamieszanie, konieczność ogarnięcia dzieci i w sumie domu. Wyjazd to jednak trochę inna historia, ponieważ codziennie będzie podane do stołu i atrakcje lokalne się jakieś znajdą, jak np. Basen. Z drugiej jednak strony, kiedy wracam z pracy zawsze przejmuję rodzicielskie zadania na pozostałą część dnia, więc małżonka ma nieco łatwiej i może chwilkę od młodzieży odpocząć. Mając mieszane uczucia, ponieważ faktem jest, że w sumie, to chętnie pojechałbym z nimi, bo tak jakoś uwielbiam swoją rodzinę i spędzanie z nimi czasu sprawia mi przyjemność, zacząłem zabijać poczucie rozdarcia i snuć wizje… ileż to ja będę miał czasu dla siebie, w końcu na spokojnie pójdę pobiegać, skoczę na siłownię, spotkam się ze znajomymi, z którymi nie widziałem się wieki, obejrzę zaległe seriale i filmy, nadrobię zaległości w hiszpańskim… toż to zbyt piękne, żeby było prawdziwe i…. wiedziałem, że gdzieś czai się podstęp. Oszołomiony takimi możliwościami, postanowiłem policzyć mój wolny czas, czyli….. Muszę moich ukochanych zawieść na wakacje, jedziemy w sobotę rano, no i przecież, jak to argumentuje moja małżonka zostanę na noc, bo będę zmęczony po podróży, tak więc, wrócę w niedzielę wieczorem (w poniedziałek oczywiście do pracy na rano). Rodzinę trzeba równiez odebrać, czyli mam przyjechać w piątek wieczorem i zostać do soboty. Daje mi to realnego „odpoczynku” całe 4 popołudnia, no chyba, że w międzyczasie trafi się jakiś wyjazd całodniowy do klienta, wtedy będą 3 popołudnia. Dodatkowo im mniej czasu zostaje do owego aktu troski o mnie, tym więcej dostaję zadań do wykonania. Mam kupić i powiesić półki, przemalować ponownie dwie ściany, dokończyć wystrój balkonu, kupić parę rzeczy do domu, przewieźć kanapę na działkę… i to wszystko oczywiście pracując w regularnym wymiarze czasowym. Moja ukochana żona pewnie obawiała się, że będę się nudził i postanowiła zorganizować mi aktywny odpoczynek w tym czasie. Mam przedziwne wrażenie, że ponownie dałem się zrobić w konia 🙂

pexels-photo-58875

Pozdrawiam,

Korpotata dla Głosu Mordoru

Dzień Ojca

IMG_2740

Dziś mój dzień, ciekawie to brzmi, bo wyjątkowo nie są to urodziny, czy imieniny, a dzień ojca. Jak też na ojca przystało, spędziłem go w rodzinny sposób. Nie poszedłem dziś do pracy, ponieważ zachciało mi się spędzić cały dzień z młodym. Młoda jest na tyle duża, że już zapomniałem, jak to było, kiedy miała nieco ponad roczek. Jedno jest pewne, było zupełnie inaczej niż z drugim w kolejności. Pierwsze dziecko, to zawsze wielka niewiadoma i obawa rodziców, trochę nadopiekuńczości, trochę chowania pod kloszem, co zwykle kończy się delikatnym „popsuciem” 😉 pierwszego dziecka. Na każdym placu zabaw widać za to, które dziecko jest pierwszym, a które drugim dzieckiem. Pierwsze dzieci, zawsze przebywają pod bacznym nadzorem mamy lub taty (nie mówię tutaj o babciach, bo one niezależnie od ilości wnucząt, zawsze będą nadopiekuńcze, taka ich rola), nie wolno im prawie niczego, wszystko jest szybko korygowane, tutaj za wysoko, w tym Ci pomogę, tego nie rusz, tamtego nie dotykaj, bo się pobrudzisz, itd. Drugie dziecko to już czysta frajda, posiadania dzieciaków. Owszem mam świadomość, że brzmi to trochę, jakbym faworyzował drugie ale nie o to chodzi. Kocham pierwszą na równi z drugim, (choć rząd dzięki 500+ każe mi kochać drugie nieco bardziej ;)) tylko wiem, jak podchodziłem do niej kiedyś, a jak podchodzę do obojga aktualnie. Pierwsza, to było przecieranie szlaków, liczne błędy i niezrozumienie. Przy drugim cieszysz się każdą chwilą, bo wiesz, że to już nie wróci. Uczysz się radować z każdej sytuacji, wzrasta twój poziom cierpliwości i aprobaty do niekiedy bardzo szalonych pomysłów twoich dzieci. Nie biegasz po placu zabaw, za swoim dzieckiem, bo wiesz, że nie o to w tym chodzi, ono samo musi się uczyć i odkrywać świat, swoimi zmysłami, nie pomożesz mu zabraniając mu i wyręczając we wszystkim. Owszem masz go pilnować i bronić ale dajesz mu się pobawić. Wracając do tematu, dziś spędziłem cudowny dzień. Pomimo tego, że tak naprawdę nie zrobiliśmy nic niezwykłego, to był to dzień niesamowity. Niesamowite jest, że drogę dookoła bloku można pokonywać przez godzinę i w ogóle się tym nie denerwować, wręcz przeciwnie, można iść tą drogą z fascynacją tego, jak mały człowiek ją odkrywa. Skupiając się jedynie na tym, aby to młody spędził fajnie czas, pozwoliłem mu właściwie na wszystko, to on decydował, którędy pójdziemy, to on mógł robić to, na co ma ochotę. Zbierał patyki, bawił się żwirem, ganiał ptaki, przestawiał pachołki, wchodził i schodził po schodach do każdej klatki. Przy młodej tego typu spacer był mega męczący, wychodząc z domu, zawsze musiałem mieć ustalony cel i przebieg spaceru, więc wszelkie tego typu zachowania strasznie mnie męczyły i zakłócały plan! 😉 jak sobie teraz o tym pomyślę, to chce mi się śmiać. Nie ma nic fajniejszego niż spacer bez celu, spacer którego celem jest odkrywanie świata. Już wiem, że w prezencie mogę dostać pachołek i to, jak fajny powstaje dźwięk, kiedy rzucamy żwirem w drabinki, jak trudno jest podejść wronę i ile frajdy dają bańki mydlane. Fantastyczny dzień ojca! Szkoda, że nie mam cheerios, bo młody padł po całym dniu, więc mógłbym, na przekór oburzonym, wziąć udział w cheerios challenge, tak na dobre zakończenie udanego dnia ojca. Dziękuję Wam moje dzieci, za naukę tego, co jest w życiu ważne, dzięki Wam czuję się szczęśliwy.

Plac zabaw nad Jeziorkiem Powsinkowskim od strony ul. Vogla

Po licznych perypetiach natury prywatnej, wracam do pisania. Wiosna zbliża się ku końcowi, pogoda dopisuje, to i place zabaw, znów stają się popularnym kierunkiem weekendowych wypraw rodziców ze swoimi pociechami. W dalszym ciągu poruszamy się w okolicach Wilanowa, ale już niedługo ruszymy w odwiedziny innych placów, które znamy i uważamy za naprawdę godne polecenia.

Zdjęcie 1

Plac zabaw, który odkryliśmy już dość dawno, co ciekawe ponownie, podczas jednej z wycieczek rowerowych. Najlepsze w nim jest to, że został ostatnio zupełnie odnowiony i przebudowany, a teren w pobliżu tego placu zabaw, może być dobrym miejscem na ciepłe letnie dni, jeśli mamy w głowie zamysł pikniku, lub grilla.

Zdjęcie 3

Plac zabaw nad jeziorkiem Powsinkowskim w Wilanowie to dobry przystanek w drodze nad lub znad Wisły dla miłośników rowerowych wycieczek, podobnie, jak ten przy ul. Gronowej. Jak powszechnie wiadomo, dziecko w foteliku nie chce siedzieć w nieskończoność, a jeśli jednym z celów do osiągnięcia jest plac zabaw, to i cierpliwość dzieciaków ulega wydłużeniu. Aktualnie mamy już dwójkę młodych amatorów placów zabaw, a ten niewątpliwie jest satysfakcjonujący dla obojga. Uprzedzam, nie spodziewajcie się dużego placu zabaw, ten jest niewielkich rozmiarów ale bardzo klimatyczny.

Miejsce: Plac zabaw znajduje się nad brzegiem Jeziorka Powsinkowskiego w odległości ok 200 metrów od ul. Vogla. Najlepiej do niego dotrzeć zjazdem ścieżką od Doliny Rybnej, smażalni, której nigdy nie widziałem otwartej. Uwaga, nie dojedziecie tutaj samochodem! Samochód najlepiej zostawcie właśnie przy Smażalni. Niewątpliwą zaletą tego miejsca jest chłód w gorące dni, choć sam plac zabaw, jest odsłonięty.

Zdjęcie 2

Nawierzchnia: Piasek 🙂 – tak po zabawie ma się go dosłownie wszędzie.

Zabawki:

Plac zabaw nie ma wydzielonej części dla dzieci starszych i młodszych ale wydaje mi się, że optymalny wiek to 1-7, starsze dzieci mogą się tu zwyczajnie nudzić. Fajna jest natomiast marynistyczna tematyka parku.

– Okręt – Dziób: jest tu wszystko do wspinaczki, można wspiąć się na niego z każdej strony, zarówno od strony mostku kapitańskiego z kołem sterowym, jak i prawej burty i od przodu. Dodatkowo można przejść pod nim lub schować się w środku, przy zabawie w chowanego.

 

– Okręt – maszt: jak wiadomo maszt z bocianim gniazdem, to to, co mali piraci lubią najbardziej. Bo, gdzie najfajniej się wspiąć i wypatrywać wrogich okrętów?

IMG_2902

– Okręt – rufa: Ma kilka zalet, raz, że można się wspinać, dwa, że można zjeżdżać ze zjeżdżalni znajdującej się na jej końcu, trzy, można się tam schować, co mój najmłodszy pirat uskutecznia za każdym razem, śmiejąc mi się w twarz, kiedy muszę się po niego wczołgać.

Pajęczyna: na żadnym placu zabaw, nie może jej zabraknąć, na tym również się znajduje i raczej skierowana jest do młodszych dzieci.

IMG_2904

Huśtawka: tutaj huśtawka jest nieco inna, bo grupowa.. może się na niej huśtać więcej niż jedno dziecko, w różnym wieku. Młodej niestety ta wersja nie przypadła do gustu, a młody…. On w ogóle nie znosi huśtawek… to niesamowite, jak różne mogą być od siebie dzieci.

IMG_2910

Piaskownica: Pomimo faktu, że piasek jest właściwie wszędzie, nawet tam, gdzie się go nie spodziewamy, jest również piaskownica. Niby mała ale ciesząca się sporym zainteresowaniem, czego ja osobiście nie rozumiem, ale nie muszę.

IMG_2907

Domek: Tuż obok piaskownicy znajduje się mały drewniany domek, który oczywiście, przy udziale wielkiej wyobraźni małych głów, szybko przeobraża się w sklep, cukiernię, miejsce do zabawy w chowanego, lub niesamowite wyzwanie w postaci: wejść, wyjść, znów wejść i znów wyjść, dla tych najmłodszych.

IMG_2909

Karuzela: Jaka karuzela jest, każdy widzi, młoda fanką karuzeli nie jest, choć czasem korzysta z jej oferty.

Zalety: fajne miejsce zarówno na krótką przerwę w trakcie rowerowych wojaży, ale również jako miejsce rodzinne oferujące nie tylko plac zabaw, ale również kawałek wody, miejsce na piknik, siłownię oraz trochę zieleni, co na Wilanowie jest rzadkością.

Uwaga: jest toaleta! Więc nie trzeba biegać w krzaki! 🙂

IMG_2886

Co w okolicy:

Miejsce na piknik oraz grilla: Sam teren nad jeziorkiem jest naprawdę fajny, często odbywamy tutaj spacery, a także przyjeżdżamy na krótki postój, w trakcie wypraw rowerowych. Z tego co widzimy, ludzie traktują to miejsce, jako ciekawą alternatywę piknikową oraz… grillową.

Siłownia na świeżym powietrzu: Tuż obok placu zabaw, znajduje się siłownia na świeżym powietrzu, co dla miłośników ruchu jest ciekawą opcją.

IMG_2913

Fresh Market: Jeśli zapomnieliście wody, ulubionego soczku, lub wasz mały potwór musi zjeść loda, nieopodal działa Fresh Market, w którym można nabyć tego typu artykuły pierwszej potrzeby.

Lake Park Wilanów: dla amatorów nieco innych wrażeń, w odległości spaceru znajduje się tor dla chcących pośmigać na desce, lub napić się chłodnego browara. Co więcej można tam również zjeść śniadanie lub inny lekki posiłek. Fajne letnie miejsce.

Pozdrawiam

KorpoTata

Ojcowie na bocznym torze

Przeglądam sobie portale parentingowe, których poziom, swoją drogą, niewiele odbiega od poziomu pudelka i brawo („6 pozycji seksualnych, których musicie spróbować”, „100 rzeczy z selera, bo tylko dzięki niemu Twoje dziecko będzie geniuszem”, „10 sygnałów, że on ma inną” itp.) w natłoku idiotycznych artykułów, coraz trudniej wyłowić te naprawdę wartościowe, lub takie, które wnoszą cokolwiek. Pośród tych, które cokolwiek wnoszą znakomita większość skierowana jest do kobiet/mam. Kobiety karmione są informacjami, jak zajmować się dzieckiem, co sprawia, że jest się dobrą matką, jak powinien wyglądać związek, jak wychowywać dziecko, czego unikać, jak pogodzić role matki i karierę, itd. Dlaczego prawie nikt nie zajął się tematem: jak być dobrym ojcem i co to oznacza? Dlaczego mówi się, a raczej kobiety systematycznie mówią o kryzysie męskości, o kryzysie ojcostwa, o tym, że dzisiejsi mężczyźni to już nie mężczyźni, ale żaden z tych cudownych portali nie zajmie się owymi mężczyznami i ojcami? Dlaczego Panie redaktorki, nie pomyślą, „kurczę, faktem jest, że faceci są jacyś inni ale może stworzymy strefę dla nich, żeby oni wiedzieli, czego się od nich oczekuje, czego oczekujemy od nich, jako matki, żony, kochanki. W rozmowach z koleżankami, jak również własną żoną, systematycznie dowiaduję się, jacy to faceci są beznadziejni i czego nie robią, i jak się nie potrafią domyślić o co chodzi ich kobietom, czy też jak nie potrafią się zajmować dziećmi, itd. Drogie Panie, może i nie potrafimy czasem czytać Wam w myślach, czy zajmować się dziećmi tak, jak opisują Wasze fantastyczne portale ale nam, w przeciwieństwie do Was, nikt nie mówi, co robić. Nasi ojcowie najczęściej zajmowali się pracą i duża część z nas właściwie niewiele miała z nimi kontaktu, co za tym idzie i tak wydaje nam się, że robimy dużo więcej niż oni. Męska prasa skupia się na tym, jak facet powinien wyglądać, jakich kosmetyków używać, jak pielęgnować brodę i co jest teraz modne. W jaki sposób mamy być mężczyznami, kiedy zasypuje się nas takimi bzdurami? Nie dziwcie się, że Wasi faceci spędzają więcej czasu przed lustrem niż Wy, że mają więcej ciuchów w szafie i więcej czasu spędzają na siłowni, bo tak kreowany jest przez media świat męski, co gorsza kreowany jest w znacznej mierze przez kobiety. Są faceci, którzy sami z siebie metodą prób i błędów uczą się ojcostwa ale są tacy, którzy od początku są odsunięci na bok, przez swoje żony, bo przecież na początku najważniejsza jest matka i ojciec jest niepotrzebny, co najwyżej może popchać wózek na spacerze.

Chcecie mieć męskich facetów i dobrych ojców dla swoich dzieci, to rozmawiajcie z nami, nie czytajcie idiotycznych porad o „oznakach kryzysu”, czy „sygnałach, że on mnie zdradza” tylko z nami rozmawiajcie. Rozmawiajcie w sposób zrozumiały, wprost, bez podtekstów i domysłów. Nie uważajcie również, że to Wy wiecie wszystko, a my nic. Nie bójcie się nam zaufać w temacie opieki nad dzieckiem, na pewno nie zrobimy mu krzywdy, a być może wniesiemy coś dobrego i nowego. Czasami wręcz zmuście nas do tego, postawcie przed nami wyzwanie, my kochamy wyzwania. Wyjedźcie na weekend z koleżankami. Tak, na początku będziemy dzwonić co 5 minut pytać o jedzenie, pieluchy, kąpiel, ubranie ale po pewnym czasie, to Wy będziecie dzwonić z pytaniem, co u nas, bo się nie odzywamy zatracając się w dobrej zabawie. Z początku będziemy się trochę bać, później będziemy pękać z dumy, że nam się udało, a na końcu stanie się dla nas całkowitą normą, że ojciec również potrafi i lubi zajmować się dziećmi. Im bardziej uda Wam się zaangażować nas w opiekę i wychowywanie dzieci, od samego początku, tym lepszymi partnerami staniemy się dla Was. Nie odsuwajcie nas na boczny tor zarówno, jako mężczyzn, jak i ojców swoich dzieci.

 

Święta, Święta, czyli jednak może być inaczej!

Na słowo Święta, większość ludzi wizualizuje sobie zastawiony stół, choinkę, kolędy, śnieg za oknem, zapach ciasta i światło świec… ale jak przychodzi co, do czego, to… porażka.

Zasadniczo, nie mogę powiedzieć, aby przez większość mojego życia Święta kojarzyły się z czymś innym niż urlopem przed telewizorem. Kiedy byłem dzieckiem, owszem były zakrapiane imprezy rodzinne, kończące się kłótniami, awanturami, a czasem wręcz bijatykami – to takie typowo polskie. Kiedy byłem nastolatkiem, święta kończyły się na wspólnej wigilii, którą trzeba było odhaczyć, aby wrócić przed ekran telewizora lub monitora komputera, a kolejne dni spędzałem właśnie w ten sposób. W okresie, kiedy moja żona była moją dziewczyną, kursowaliśmy od jednych rodziców do drugich, było to dosyć męczące i nie wpływało zbyt pozytywnie na nasze relacje.

Wszystko zmieniło się w momencie, kiedy to ja założyłem rodzinę. Całe życie tęskniłem, podobnie zresztą, jak moja małżonka za rodzinnym biesiadowaniem, z dużą ilością ludzi i Świąteczną atmosferą. Z początku był plan połączenia naszych rodzin i organizacją wspólnych Świąt. Niestety światy naszych rodzin były na tyle różne, że owa próba zakończyła się katastrofą, było tak drętwo, jakbyśmy spędzali Święta z obcymi ludźmi, którzy w dodatku mówią różnymi językami.

Kolejnym pomysłem, był wyjazd do hotelu. Raz, że uniknęliśmy konieczności spędzania Świąt z własnymi rodzinami, dwa pojechaliśmy na gotowe. Rozwiązanie to nie było najgorsze i w dalszym ciągu może stanowić ciekawą alternatywę, jednakże z marzeniami również niewiele miało wspólnego. Jedzenie dobre, ale nie to samo co domowe, wokół obcy ludzie, co gorsza z rodzinami, więc nie do końca czuliśmy się komfortowo.

W tym roku postanowiliśmy przygotować w końcu Święta po swojemu i…. udało się. Pierwszy raz w życiu Wigilia, była prawdziwą Wigilią. Postawiliśmy się rodzinie i nie zostali oni zaproszeni, w zamian zaprosiliśmy znajomych. Atmosfera była naturalna, jedzenie pyszne, a dzięki zaangażowaniu każdego z nas dom wyglądał tak, jak powinien w Święta. Owszem było to męczące, kiedy wszystko musieliśmy przygotować sami ale w końcu poczułem, że mamy rodzinne święta, które nie zakończyły się awanturą i nie pozostał po nich niesmak.

To wszystko sprawiło, że zacząłem sobie zadawać kolejne pytania: Czy rodzice zawsze powinni być częścią naszych Świąt, nawet wtedy, kiedy są czynnikiem destruktywnym? Czy rodzinna atmosfera wymaga zaproszenia rodziny? Niestety pokolenie obecnych 30 latków coraz częściej widzi, jak różni się od swoich rodziców, gdzie relacje były mocno dysfunkcyjne, ojcowie często nieobecni (praca albo telewizor i gazeta), a matki na siłę spinające dom. Święta zawsze były pewnego rodzaju tradycją ale tradycją bezsensowną, ponieważ musieliśmy spotkać się przy stole i udawać rodzinę, choć nic nas tak naprawdę nie łączyło, byliśmy dla siebie obcymi ludźmi, z którymi widzieliśmy się raz w roku i sililiśmy się na rozmowy.

Rodzice mojego pokolenia, to osobny temat, bardzo złożony i w sumie bolesny, który na pewno trafi na tapetę w pewnym momencie, lecz jeszcze nie teraz. Po tych Świętach wiem jedno, warto zrobić wszystko po swojemu, warto zaprosić tych, których traktujecie, jak rodzinę, warto nie zapraszać tych, którzy powodują jedynie stres i zgrzytanie zębów. Warto zadbać o to, aby Święta były dla Was, a nie dla innych, to My mamy czuć się dobrze i rodzinnie w czasie Świąt, i później dobrze je wspominać.

Kochanie, bardzo Ci dziękuję za naprawdę fajne Święta.

 

Zabawki – prezenty dla najmłodszych

Święta i czas prezentów zbliża się wielkimi krokami, czyli wracamy do tematu co kupić dzieciakom, co kupić żonie i innym bliskim. W kanałach strategicznych, które śledzone są przez nas na bieżąco, czyli minimini, nick jr., Disney Junior, pojawia się coraz więcej reklam zabawek. Młodzi zmieniają zdanie, co by chcieli dostać od Mikołaja z częstotliwością kursowania metra w godzinach szczytu. Zabawki, prezenty…. temat bliski chyba każdemu rodzicowi, a przede wszystkim ojcom, dlaczego? Ponieważ każdy facet w głębi duszy jest dużym dzieckiem i uwielbia zabawki. Z czasem oczywiście nasze zabawki się zmieniają ale nie ma faceta, który obojętnie wchodziłby do sklepu zabawkowego i z rozrzewnieniem nie wspominał dzieciństwa. Sam oczami wyobraźni widzę siebie składającego kolejny zestaw gwiezdnych wojen Lego…. Kur…. Czemu, kiedy to ja byłem dzieckiem, takich nie było?!?! J

Jednak obserwując swoje dzieci i reklamowane/oferowane zabawki zaczynam się zastanawiać nad jednym… czy te zabawki są dla dzieci, czy może są tworzone po to, aby podobały się ich rodzicom? Skąd takie pytanie? To proste, zabawki, które są reklamowane, ładnie wyglądają, najczęściej mają swoje…. 5 minut…. Dosłownie PIĘĆ minut po zakupie, później idą w kąt pudła z nieskończoną ilością plastiku. Dlaczego? Ponieważ poza ładnym wyglądem nie realizują żadnych zadań. Ciągle słyszę o chcę pieska, lalkę, my little ponny… gdybym miał zaakceptować wszystkie żądania moich podopiecznych, mało tego, że poszedłbym z torbami, to zagraciłbym ich pokój i całe mieszkanie plastikiem, w imię czego? W imię dobrego samopoczucia dzieci? Raczej nie… dzieciaki, tak naprawdę kupują to wszystko oczami ale nie do końca potrafią jeszcze powiedzieć, czego chcą i czy na pewno tym czego chcą, jest to, co widzą w reklamie. O wiele bardziej cieszą je zabawki, które na pierwszy rzut oka nie są tak atrakcyjne, ale dziecko jest im w stanie poświęcić więcej czasu i chętnie do nich wraca. O czym mowa? O zabawkach, albo może akcesoriach, które ogranicza jedynie wyobraźnia:

Kredki – jako dziecko marzyłem o pięknych różnokolorowych kredkach, niestety było o nie dosyć ciężko, bambino składały się z 10 kolorów i tyle. Aktualnie wybór kredek jest kosmiczny, podobnie jak farb… dzieciaki uwielbiają rysować i bardzo dużo czasu poświęcamy wspólnie na tego typu zajęcia, niezależnie, czy bawimy się w ZOO, akwarium, czy miasto dla samochodów – wszystko można narysować. Jest to świetna zabawa zarówno dla moich dzieci, jak i dla mnie… nigdy nie sądziłem, że nauczę się rysować, a także, że to może… relaksować. Podobnie rzecz się ma z farbami i flamastrami, co do tych drugich to zdecydowanie polecam takie, które są zmywalne J

Ciastolina, plastelina – ma jeden minus i chyba tylko jeden… po zabawie jest wszędzie – podłoga, kanapa, spodnie, bluzki, włosy, meble i inne mniej lub bardziej popularne miejsca – jest wszędzie. Bawić się nią można wszędzie, ulepić z niej można niemalże wszystko, ponownie ograniczeniem jest jedynie wyobraźnia nasza lub wyobraźnia dziecka. Chcesz ulepić „śniadanie” – proszę bardzo, stado koni, nie ma problemu, można niemalże wszystko. Osobiście gorąco polecam. Oczywiście można spotkać na rynku lepszą i gorszą, taką co się chce lepić i taką, która nie do końca się dobrze lepi.

Klocki – marzenie faceta… no dobrze, przynajmniej moje.. klocki są kolejną zabawką, która nie ogranicza się do jednej funkcji, niezależnie od tego jako co je kupujemy – farmę, pociąg, statek piracki czy sokoła millenium, zawsze można z nich zrobić coś innego i to jest w nich piękne. Moje dzieci bardzo często wracają do tej zabawki, bo w zależności od tego, co aktualnie jest na topie – można to zbudować z klocków. Moje ulubione, oczywiście Lego i tak, swoją miłość do Lego wpajam dzieciakom. Jakoś inne do tej pory nie przekonały mnie do siebie, choć mamy również klocki drewniane, które od czasu do czasu są wykorzystywane w zabawie.

c.d.n.IMG_2578

Jestem zmęczony…

Stwierdzenie mocno nadużywane przez nas na każdym etapie życia. Czy mamy lat naście, czy 30, ciągle lubimy mówić, że jesteśmy zmęczeni. Oczywiście kwestia zmęczenia jest subiektywna i podobnie, jak pozostałe granice, można ją przesuwać i to właśnie dzieje się na przestrzeni lat. Kiedy mamy lat naście wracamy ze szkoły i mówimy, nie będę teraz odrabiał lekcji, nie posprzątam, bo zmęczony jestem. Oczywiście owe zmęczenie nie przeszkadza w grze na konsoli czy oglądaniu filmów, tudzież wyjściu do kolegów. Sytuacja się trochę zmienia na studiach, oczywiście tekst jest ten sam ale tutaj jednak tej nauki wydaje się, przynajmniej okresowo (przed sesją), trochę więcej, więc słowa te niby są bardziej uzasadnione. Mijają lata, idziemy do pracy, wracamy z pracy i tekst się powtarza… jestem zmęczony. Zbyt zmęczony na obowiązki domowe, zbyt zmęczony na wyjście ze znajomymi, zbyt zmęczony na….życie? Niestety owe zmęczenie jest dla nas wytłumaczeniem dla… lenistwa. Zmęczenie na początku, to nie zmęczenie, to jedynie nasze dziwne, nie wiem czym uwarunkowane lenistwo. Nie wiem, czy to kwestia wychowania, gdzie rodzice pozwalają nam na spędzanie godzin przed ekranami komputerów i od razu tłumaczą nas od najmłodszych lat mówiąc, o byłeś w szkole, przedszkolu, na uczelni to jesteś zmęczony… odpocznij. Co za tym idzie to sformułowanie zaczyna rządzić naszym życiem i staje się fantastyczną wymówką dla owego lenistwa. Nie mamy często wpojonego aktywnego odpoczynku, czerpania przyjemności z zajęć pozaszkolnych, pracowych, realizowania swoich zainteresowań, co powinno być tak naprawdę właśnie elementem odpoczynku. Niestety w momencie, kiedy zaczynamy pracę, jest już za późno, nie odnajdujemy odpoczynku w żadnych zajęciach poza kanapą i serialem, facebookiem lub konsolą. Tak ułożeni, tkwimy w naszym wygodnym, zmęczonym życiu aż zakładamy rodziny i pojawiają się dzieci i pojawia się problem. Nagle dostrzegamy, że zmęczenie dopiero jest przed nami. Wcześniej byliśmy zmęczeni ślęczeniem pół nocy oglądając 10 odcinków ulubionego serialu lub grając w sieci, teraz również ślęczymy pół nocy ale nie nad naszymi przyjemnościami i ów poziom zmęczenia powoli zaczyna wyprowadzać nas z równowagi. Wszak zmęczenie nie jest spowodowane naszą przyjemnością, a obowiązkami, co więcej czas na przyjemności zdecydowanie się ogranicza. Na pewno poziom zmęczenia rośnie wraz z wiekiem i przekładają się na niego liczne nasze sprawy oraz dzieci. Aktualnie mój poziom zmęczenia jest taki, że już powoli przestaję używać sformułowania jestem zmęczony, bo po co, czy to coś zmieni? Nie. Wszystko staje mi się coraz bardziej obojętne i skupiam się na realizowaniu swoich obowiązków, czy mam czas na serial, film, pewnie bym go znalazł, jakbym się uparł tylko, że mi się nawet nie chce włączać telewizora, konsoli, bo wiem, że będzie to czas, który mogę poświęcić na…. Sen…. Zajęcia, które kiedyś wydawały mi się męczące, ba często były powodem owego zmęczenia – zajęcia dodatkowe, nauka języków, szkoła, aktywność fizyczna, stają się odskocznią od codzienności i czymś, gdybym miał oczywiście czas, co dawałoby mi redukcję owego zmęczenia i to w stopniu znacznym. Wszyscy rodzice niezależnie od ilości dzieci zapewne mówią to samo ale nawet i tutaj można dostrzec różne sytuacje życiowe, część z nich, a pewnie nawet większość ma babcie i dziadków, którzy z miłą chęcią wspomogą, zabiorą dzieciaki na weekend, przyjadą na wieczór, żeby zmęczeni rodzice znaleźli czas dla siebie, czy nawet ugotują obiad, często tego typu pomocy młodzi rodzice nie dostrzegają i uznają to jako coś naturalnego i normalnego, nie myślą lub nie chcą myśleć jak to jest żyć bez takiej pomocy. Powiem Wam, jak to jest żyć z dwójką dzieciaków bez pomocy rodziców, z dwójką dzieciaków, które nie chodzą do przedszkoli, czy żłobków, bo sami jesteśmy w takiej sytuacji…. Najlepszym określeniem sytuacji, jak to jest będzie…  Jestem zmęczony, cholernie zmęczony… J

Co ciekawe nie jest to stan, który tak po prostu przeminie i będzie czas na odpoczynek. Zmęczenie tego typu jest stanem permanentnym, ponieważ takie właśnie jest życie i trzeba się z tym pogodzić J, zaakceptować i zrozumieć, że to właśnie tak, od teraz będzie wyglądało Twoje życie i musisz nauczyć się znajdować czas na odpoczynek i lepiej, jeśli będzie to odpoczynek aktywny, angażujący Cię w działania samorozwojowe, dzięki temu może uda się uniknąć myśli o bezsensie egzystencji i skradzionym życiu przez dwa małe wampiry energetyczne..

Dyscyplina – słowo, które znika z naszego słownika

Bez dwóch zdań, tytuł mi wyszedł… nie ma to jak dobry rym na początek ale teraz przejdźmy do tematu właściwego.

„Kacperku zostaw to, bo jak nie, to zaraz pójdziemy do domu!” ….. po chwili „no dobrze pobaw się tym ale tylko przez chwilkę”

„Karolinko, nie wolno, nie będzie dzisiaj bajki!”….. 2 minuty później „już nie płacz będzie bajka, albo dwie, bo jesteś taka smutna”

„Przeproś Juzie, bo nie dostaniesz batonika!”…. „następnym razem przeprosi…. Proszę tu batonik”

Tak, to tylko przykłady gróźb bez pokrycia, ile razy słyszałem podobne na placu zabaw i dzieci reagujące śmiechem na tego typu „groźby”… a jeśli nie śmiechem, to histerycznym płaczem, biciem, lub innymi zachowaniami spoza kanonu akceptowalnych, które rodzice i tak łagodzą dając owego batonika, włączając bajki, czy wracając na plac zabaw na kolejne 5 minut. Dlaczego, ponieważ nie chcą, albo zwyczajnie boją się konfrontacji z dzieckiem. Bo jak to będzie wyglądało, kiedy my się zdenerwujemy, dziecko będzie płakało i każdy pomyśli, że jesteśmy złymi rodzicami. Ma to co prawda drugą stronę medalu, dzięki temu dziecko, nigdy nie będzie się słuchać, a my będziemy to usprawiedliwiać, bo ono takie jest, aktywne, musi się wybiegać, ma taki charakter, itd.. To my, rodzice, tworzymy nagminnie nieposłuszne dzieci, dzieci same się takie nie robią i musimy sobie to uzmysłowić. Szlag mnie trafia, kiedy słyszę bezustanne usprawiedliwienia rodziców nieodpowiedniego zachowania dzieci, w stylu – „jest niewyspany”, „oj dzisiaj ma takiego maruda”, „nie spał w ciągu dnia”, itd. Powiem jedno… B Z D U R A… to najczęściej jedynie usprawiedliwienie naszego braku wpływu na dziecko (żeby nie było, tak dzieci czasem mają gorsze dni ale…. Czasem)

Problemem jest jedynie to, że istnieje coś takiego jak dyscyplina i konsekwencja, czyli słowa, które stają się coraz bardziej zapomniane przez dzisiejszych rodziców. To określenie jasnych zasad i ich respektowanie daje nam poczucie rodzicielstwa i wychowywania naszych pociech, a naszym dzieciom z kolei poczucie bezpieczeństwa. My mamy ustalić te normy i egzekwować ich respektowanie, jeśli tego nie robimy, nie jesteśmy nikim innym, jak kolejnym super kolegą dla naszych dzieci, a brak poczucia bezpieczeństwa i norm, gwarantuje nam kolejne fale nieposłuszeństwa, histerii i buntu. Przeszliśmy przez tę drogę wdrażania dyscypliny, na szczęście z powodzeniem, ale nie była to wcale droga lekka, łatwa i przyjemna, a wybrukowana ostrymi kłótniami, nie tylko z dziećmi, niefajnymi weekendami, rezygnacją z niektórych ciekawych rzeczy. To co udało nam się wdrożyć, to posłuszeństwo dzieci i zredukowanie zachowań histerycznych do minimum. To nie jest tak, że dziecko w ogóle nie będzie się buntować, ma przecież swoje uczucia i jakoś musi je odreagować, a czasem to jedyny sposób, jaki zna. Nie mamy jednak problemów z wykonywaniem przez młodą poleceń, słuchaniem się, czy nauką kultury w relacjach międzyludzkich. Moje dziecko wie, że jeśli coś powiem, to nie rzucam słów na wiatr i to co powiem, będzie miało realne następstwa. Młoda doskonale wie, kiedy żartuję, a kiedy mówimy sobie koniec żartów, zna swoje obowiązki i potrafi sama posprzątać swoje zabawki. Nie ucieka, nie krzyczy, nie płacze na spacerach, nie ma mowy o nieposłuszeństwie. Sam również wiem, że ta praca nie kończy się jednego dnia, a trwa cały czas, ponieważ to właśnie konsekwencja utrwala ową pracę. Nie możemy odpuścić w jednym temacie, bo zaczynamy być testowani przez dziecko, czy aby w innych to nie zadziała. Na szczęście nie mamy już do czynienia z sytuacjami, kiedy dziecko wyje, bije i pluje, a rodzice szarpią się z nim przy pogardliwych spojrzeniach pozostałych. Niesamowite jest również to, że każdy z rodziców myśli, boże jakie te dzieci innych są niegrzeczne, podczas kiedy jego własne, zwyczajnie mają… „gorszy dzień”….codziennie. Dyscyplina i konsekwencja to nie są terminy z poprzedniej epoki i nie odeszły wraz z nią do lamusa. My rodzice musimy o tym pamiętać i nie dajmy się nabrać na bezstresowe wychowanie, bo to nie dzieci rządzą naszym życiem, a my uczymy życia nasze dzieci i wcale nie potrzebujemy do tego Superniani.

sownik-wyrazw-obcych-pwn-z-przykadami-i-poradami-oprawa-mikka_10582