Strategia: „Jakoś to będzie”

business-idea-1240825_1920

Zapewne wielu z Was zna motto międzynarodowych firm: „Avis – we try harder”, „Nokia – connecting people”, a co jeśli owym mottem jest: „Jakoś to będzie?”. Coraz częściej spotykam się z sytuacją, gdzie pod płaszczykiem międzynarodowej organizacji, działającej na wszystkich kontynentach, kryją się managerowie, którzy w ogóle nie potrafią zarządzać ryzykiem lub ich zarządzanie opiera się jedynie na jednej strategii – zostaw to, z czasem samo się rozwiąże. Takie firmy, wyznają strategię „Jakoś to będzie”. Co gorsza, managerowie, w randze SVP, managing director, etc., nie potrafią podjąć najprostszych decyzji np. W postaci obniżenia marży o 1%. Brzmi znajomo? Tak, to jest właśnie rzeczywistość, która bardzo kłóci się z tym, co wykładane jest na uniwersytetach. Chodzimy na zajęcia, wkładają nam do głów piekne historie, uczą zarządzania, ekonomii, marketingu, tylko po co? Skoro w rzeczywistości i tak wszystko na nic? Pomyślcie teraz o jeszcze jednej fajnej sytuacji, firma w końcu po wielu latach postanawia spożytkować fakt, że jest globalna i triumfalnie ogłasza, będziemy innowacyjni i teraz zaczniemy podpisywać globalne umowy. Wow, co za odkrycie i innowacyjność, dzięki temu odkryciu kilku wysokich rangą managerów awansuje na jeszcze wyższe pozycje w organizacji, wszak skoro teraz już nie jesteśmy patchworkiem, gdzie każdy kraj działa sobie i wpadliśmy na genialny pomysł współpracy na poziomie globalnym (po kilkudziesięciu latach na rynku) to trzeba nagrodzić siebie i dać sobie fajniejsze tytuły. Skoro już jesteśmy globalni, to podpiszmy globalne kontrakty! W końcu udaje się, trafia się pierwszy globalny kontrakt, kolejny sukces, kolejne awanse ale… zaraz…. coś tu jednak nie pasuje, bo tak jakby nikt nie pomyślał, jak to będzie działało lokalnie, choć nie, przecież pomyślał, bo mamy naszą strategię „jakoś to będzie”. Na pewno, jak już przyjdzie kolej Polski to uda nam się coś wymyślić…

Niestety pech chciał, że ta „cholerna” Polska idzie w pierwszej kolejności i zaczyna się odbijanie piłeczki. Żaden z tych cudownych managerów nie pomyślał o czymś takim, jak zarządzanie ryzykiem w projekcie i…. nagle znaleźli się w czarnej…. dziurze, bo nie tak to miało być. Oczywiście są metody zarządzania kryzysowego ale ponownie to nie jest ich mocną stroną, więc zaczyna się ping pong, kto podejmie decyzję. Oczywiście, nikt tej decyzji podjąć nie chce, nikt nie chce wziąć na siebie odpowiedzialności, co więcej, nie skonsulotwali lokalnie cen, więc jak wielu z Was może się domyślić, są one pod wodą. Cóż za dziwny zbieg okoliczności, jak to możliwe? Pomimo tego, że w kontrakcie globalnym zawarto pricing dla naszego cudownego kraju, bez konsultacji, to teraz ktoś musi jeszcze to zaakceptować, a nie bardzo jest komu… cóż, to takie…. normalne. Czasem mam wrażenie, że na studiach nikt nie powinien pokazywać studentom, jak to powinno wyglądać według pierwotnych założeń. Zamiast tego powinny zostać otwarte ćwiczenia w stylu „lokalne łatanie dziur w globalnym zarządzaniu”, „Jak w praktyce wygląda zarządzanie strategiczne”, „Strategia ‚jakoś to będzie’, jako najczęściej wykorzystywana strategia w korporacjach”. Niestety chciałbym, aby opisana powyżej sytuacja dotyczyła jedynie jednej z firm, które znam ale…. wiem z doświadczenia, że tak nie jest. To całkiem normalne postępowanie i w zasadzie przykre jest to, że dotyka nas to z każdej strony, zarówno, jako klientów danej organizacji, jak również, jako pracowników takiej organizacji. Bylejakość króluje w każdym obszarze i spotkasz ją w każdym miejscu, niezależnie od miejsca.. siedzenia..

Reklamy

Wysyłam rodzinę na wakacje….

Czekając na spotkanie w mekce orków, czyli Galmoku, zacząłem myśleć o pewnej pięknej wizji wakacyjnej, jaką mam przed sobą, czyli odpoczynek od rodziny. Dałem się namówić na pomysł żony, aby sama zabrała dzieciaki na tydzień, żebym ja będę mógł sobie odpocząć. W sumie wybór miała ograniczony, albo wyjedzie, albo zostanie w domu z dwójką, ponieważ w naszym kochanym przedszkolu, na miesiąc przed wakacjami poinformowano nas o planowanym, od dawna, dwutygodniowym remoncie i zamknięciu przedszkola na jego okres… super, wszak na pewno nikt z rodziców nie miał jeszcze zaplanowanych wakacji i tylko czekał na tę, jakże mało istotną, informację z przedszkola, aby wreszcie móc wybrać dogodny termin i zabukować wyjazd. Wróćmy jednak do tematu. Tydzień w domu, sam, bez żony, bez dzieci, tylko do pracy i do domu… toż to prawie jak dodatkowy urlop wypoczynkowy lub gwiazdka w środku lata. Jak na mój gust to zbyt piękne, żeby było prawdziwe, przeanalizujmy zatem co się za tym kryje. Chojna oferta ze strony małżonki ulega dewaluacji, z powodu przedszkola, wszak zostając w domu miałaby dwójke na głowie, dwójka w domu oznacza mocne zamieszanie, konieczność ogarnięcia dzieci i w sumie domu. Wyjazd to jednak trochę inna historia, ponieważ codziennie będzie podane do stołu i atrakcje lokalne się jakieś znajdą, jak np. Basen. Z drugiej jednak strony, kiedy wracam z pracy zawsze przejmuję rodzicielskie zadania na pozostałą część dnia, więc małżonka ma nieco łatwiej i może chwilkę od młodzieży odpocząć. Mając mieszane uczucia, ponieważ faktem jest, że w sumie, to chętnie pojechałbym z nimi, bo tak jakoś uwielbiam swoją rodzinę i spędzanie z nimi czasu sprawia mi przyjemność, zacząłem zabijać poczucie rozdarcia i snuć wizje… ileż to ja będę miał czasu dla siebie, w końcu na spokojnie pójdę pobiegać, skoczę na siłownię, spotkam się ze znajomymi, z którymi nie widziałem się wieki, obejrzę zaległe seriale i filmy, nadrobię zaległości w hiszpańskim… toż to zbyt piękne, żeby było prawdziwe i…. wiedziałem, że gdzieś czai się podstęp. Oszołomiony takimi możliwościami, postanowiłem policzyć mój wolny czas, czyli….. Muszę moich ukochanych zawieść na wakacje, jedziemy w sobotę rano, no i przecież, jak to argumentuje moja małżonka zostanę na noc, bo będę zmęczony po podróży, tak więc, wrócę w niedzielę wieczorem (w poniedziałek oczywiście do pracy na rano). Rodzinę trzeba równiez odebrać, czyli mam przyjechać w piątek wieczorem i zostać do soboty. Daje mi to realnego „odpoczynku” całe 4 popołudnia, no chyba, że w międzyczasie trafi się jakiś wyjazd całodniowy do klienta, wtedy będą 3 popołudnia. Dodatkowo im mniej czasu zostaje do owego aktu troski o mnie, tym więcej dostaję zadań do wykonania. Mam kupić i powiesić półki, przemalować ponownie dwie ściany, dokończyć wystrój balkonu, kupić parę rzeczy do domu, przewieźć kanapę na działkę… i to wszystko oczywiście pracując w regularnym wymiarze czasowym. Moja ukochana żona pewnie obawiała się, że będę się nudził i postanowiła zorganizować mi aktywny odpoczynek w tym czasie. Mam przedziwne wrażenie, że ponownie dałem się zrobić w konia 🙂

pexels-photo-58875

Pozdrawiam,

Korpotata dla Głosu Mordoru

Comfort zone

IMG_3236

O tym, jak ciężko wyrwać się ze strefy komfortu, doświadczyłem na własnym przykładzie, decydując się na zmianę pracy. Jeśli spędziliśmy w danej organizacji kilka lat, dokładnie się jej nauczymy, mamy zapewnione podstawowe potrzeby, czyli kasa wpływa co miesiąc, nikt się nie przypieprza i tak naprawdę, czy wykonamy naszą pracę, czy nie, każdy ma to w dupie, przychodzimy kiedy chcemy, wychodzimy podobnie, dochodzimy do momentu, kiedy nasze poczucie bezpieczeństwa dochodzi do głosu. Niestety owe poczucie bezpieczeństwa często determinuje nasze tkwienie w organizacji latami i nie chce nam pozwolić na dalszy rozwój, tak mocno cenimy sobie to uczucie, że powoli usychamy i się wypalamy. Zapominamy o tym, że w myśl piramidy potrzeb Maslowa, człowiek dążący do samorealizacji, musi mieć spełnione zarówno potrzeby podstawowe, takie jak jedzenie, sen, seks, bezpieczeństwo ale również te wyższego szczebla, jak religia, akceptacja społeczna, przynależność czy własnie samorealizacja i rozwój. Problem polega na tym, że często w ramach pracy ograniczamy się jedynie do owych potrzeb podstawowych, co za tym idzie, nie są realizowane potrzeby wyższego szczebla. Wpadamy w pewnego rodzaju błędne koło, z jednej strony czujemy, jak się wypalamy, ponieważ chcielibyśmy czegoś więcej, więcej pieniędzy, odpowiedzialności, realizowania coraz ciekawszych projektów, wyższych stanowisk, z drugiej od podjęcia wyzwania powstrzymuje nas poczucie bezpieczeństwa, bo przecież płacą, a my mamy rodzinę, małe dzieci, bo mogę wyjść w każdej chwili i nikt mi nic nie powie, a to ważne, bo przecież dzieci chorują, bo samochód firmowy jest, to co, że co roku coraz gorszy, ale jest, to co, że premie roczne również topnieją, przecież taki jest teraz rynek. Szukamy usprawiedliwień i wmawiamy sobie, że przecież mamy dobrą pracę ale w głębi duszy większość z nas oczekuje czegoś więcej. W ten sposób najszybciej dotrzemy do wypalenia zawodowego i nasz comfrotzone doprowadzi nas na kozetkę psychoterapeuty lub psychiatry ze zdiagnozowaną depresją. Strefa komfortu jest fajna i potrzebna ale jedynie w pewnym zakresie, nie można się na nią zdawać w nieskończoność. Kiedy mówicie, że macie fajną interesującą pracę ale za cholerę nie chce Wam się w niej siedzieć, kiedy macie problem, żeby rano zwlec się z łóżka i do niej pojechać, wracacie niewspółmiernie zmęczeni do wykonanej codziennej pracy, chodzicie smętni, a wasza rodzina to widzi, nie macie na nic siły, mimo, że przez pół dnia przeglądaliście internet w robocie, to oznacza, że czas na zmiany, a trzymanie się strefy komfortu za wszelką cenę, okupicie receptą na antydepresanty, aby owa chęć i pragnienie życia do Was wróciło. Nie piszę tego po przeczytaniu kilku mądrych książek i dzieleniu się wiedzą, piszę to, ponieważ tego doświadczyłem, przynajmniej częściowo, mi udało się zdążyć przed kozetką psychiatry i receptą na Xanax. Podjąłem odważną decyzję o porzuceniu mojej strefy komfortu i podjęciu ryzyka dołączenia do zupełnie innej, małej organizacji, z wysokimi oczekiwaniami względem mnie. Wyzwanie ogromne, już wiem, że łatwo nie będzie ale… no właśnie odżyłem, wracając do domu, mam siłę dla dzieci, żony, mam uśmiech na twarzy i nie snuję się po domu patrząc tępo w ekran smartfona. Pomimo faktu, że muszę więcej pracować, że muszę więcej wyjeżdżać, moja rodzina również to dostrzega i nasze relacje się poprawiają, bo oni widzą, że w końcu jestem zadowolony, a nie ciąglę zmęczony z niewiadomego powodu. Jednocześnie znam wiele bardzo doświadczonych, inteligentnych, potrafiących osób, które tkwią w miejscu, choć mogliby wiele osiągnąć, ponieważ tak im każe ich wewnętrzna strefa komfrotu.

Pozdrawiam,

Korpotata

 

Firmowy Kick-Off

Kiedyś mieliśmy do czynienia z imprezami integracyjnymi, imprezami firmowymi, teraz mamy Kick-Off’y i Bootcamp’y. Czym się różnią, w zasadzie niczym, na jednych i drugich chodzi głównie o to, aby się… sponiewierać, w oparach alkoholu wspólnie wmawiać sobie, jak świetną organizacją jesteśmy. Jednak różne organizacje podchodza do tematu w sposób różny. Są takie, które ze względu na brak funduszy wyślą ludzi na spływ kajakowy lub pod namioty, są takie, które wyślą wszystkich do Las Vegas, na event organizowany specjalnie dla tych organizacji. Są takie, które wyślą zespół na kilkudniowy wypad na Ibizę lub Kołobrzegu ale są również takie, które z okazji 25-lecia spółki zamiast eventu dadzą pracownikom po breloczku i ładnie opakowanej paczce cukierków z Biedronki (przy rekordowych wynikach finansowych za rok ubiegły). Zapomniałbym, event będzie, ale dla klientów…. Nie jestem wielkim miłośnikiem wyjazdów firmowych, co już podkreślałem, przy okazji wpisu o firmowej wigilii ale rozumiem, że niektórzy, chociaż w taki sposób, chcieliby być docenieni przez firmę. Trochę to przykre… choć nie, nie przykre… to zwykła bezmyślność, aby na 25-lecie częstować pracowników cukierkami. Moim skromnym zdaniem, pracownik winien czuć się częścią organizacji i czuć się dumny z własnej pracy, i wysiłku jaki poświęcił, aby owa organizacja mogła celebrować taką rocznicę. W tym konkretnym przypadku firma pokazała pracownikom środkowy palec, w zasadzie bez słowa wyjaśnienia. Pytanie brzmi, jak bardzo tacy pracownicy będą chcieli zatroszczyć się o klientów (wewnętrznych i zewnętrznych), kiedy organizajca o nich się nie troszczy? Wracając do tematu, wielkim fanem nie byłem i nie jestem ale punkt widzenia zależy od miejsca siedzenia. Nie bardzo chciało mi się wyjeżdżać na jedną noc pod Warszawę, aby pić wódkę z kolegami z pracy i obserwować biurowe romanse ale 3-dniowy wyjazd do dobrego hotelu w fajnym miejscu, to już zupełnie co innego. Nawet nie ceniąc zbytnio alkoholowych libacji, możliwość odpoczęcia od domu, robi swoje. Moja obecna organizacja ma tę dobrą cechę, że Kick-Off’y organizuje w naprawdę dobrych miejscach w różnych europejskich krajach, gdzie każdy znajdzie coś dla siebie. Można zarówno napić się z każdym od asystenki, po prezesa całej grupy, można nawet się sponiewierać i nikt nie będzie miał nikomu tego za złe, można pozwiedzać, ponieważ miejsce zachęca do tego, można skorzystać z pięknej plaży i złapać trochę słońca, a można również się zwyczajnie wyspać, ponieważ każdy z uczestników ma swój pokój, nie dzieląc go z chrapiącym kolegą lub imprezową koleżanką. Niewątpliwym minusem są tworzące się grupy z róznych krajów, które tworzą swego rodzaju enklawy, co nie sprzyja, aż tak mocno integracji i networkingowi, ale uprzejmości nie można nikomu odmówić. Obowiązkowym punktem programu każdego wyjazdu integracyjnego jest oczywiście set prezentacji, który może być męczący, interesujący lub może zwyczajnie nie wadzić. W poprzednich moich firmach prezentacje były najczęściej męczące, aktualnie zwyczajnie mi nie wadzą, zapewne dlatego, że tutaj nikt nie wysila się na ciężko przyswajalne tematy, wiedząc, że wyjazd ma być motywatorem dla zespołu, a nie karą, gdzie uczestnicy przez 8h siedzą na sali plenarnej z wyrzutem spoglądając na zegarek, którego wskazówki w żaden sposób nie chcą przyspieszyć ale wizja wieczornej libacji trzyma ich na miejscach i daje nadzieję. Tak sobie myślę, że ten post jest trochę dziwny, z jednej strony chciałem skupić się na temacie wyjazdów integracyjnych ale doświadczając takowego z zupełnie nowej strony, nie mogę wyzbyć się wrażenia, że tego typu eventy można jednak polubić szczególnie, kiedy się wstaję rano spoglądam przez okno i widzę coś takiego:

IMG_3196

pozdrowienia z kick-offu

Korpotata

Wigilia firmowa

Ach cóż za piękny okres mamy, za chwilę święta, pracy masa, a do tego oczywistą oczywistością jest firmowy opłatek. Jaka idea przyświeca temu wydarzeniu, a jak jest naprawdę? Wszystko oczywiście zależy od firmy, zasobności jej budżetu. Bywałem na różnych imprezach zarówno tych mocno zakrapianych wieczornych, jak i „trzeźwych” w okolicach wczesnych godzin popołudniowych. Które są gorsze? Prawdę mówiąc ciężko stwierdzić, na tych zakrapianych można się zwyczajnie nie pokazać lub pokazać na chwilę, ponieważ i tak towarzystwo nie będzie pamiętało. No właśnie, jaki w ogóle jest cel zakrapianej imprezy, przecież nie wpłynie to w żaden sposób na integrację i zacieśnienie stosunków zawodowych. Może owszem dojść do zacieśnienia stosunków ale nie w sposób pochwalany przez korporację i raczej w obszarze mocno prywatnym, niż zawodowym. Można oczywiście wspaniale się skompromitować na forum firmy, dlatego tego typu imprezy mogą być mocno niebezpieczne. Alkohol rozwiązuje języki i pić to trzeba umić, aby nie powiedzieć i nie pokazać zbyt wiele. Ale czemu służą tego typu imprezy wszyscy wiedzą, upodleniu się, najedzeniu, wyluzowaniu i integracji, część korpoludków z drżeniem kolan wyczekuje wieści na temat najbliższej imprezy firmowej.

Innym ciekawym zjawiskiem są wigilie bez alkoholu, ewentualnie z kieliszkiem wina, gdzie prezes składa życzenia i wszyscy później łamią się opłatkiem, zjedzą coś na szybko i po 2h mają spokój…. No właśnie tylko po co? Z obserwacji własnych, ani nie spowoduje to integracji, ani nie spowoduje luźniejszej atmosfery, dla wielu to kolejny zawodowy obowiązek, gdzie trzeba się pokazać i na siłę pogadać z kilkoma osobami, sztucznie się pouśmiechać i skrywając głęboką niechęć, złożyć niektórym „serdeczne i szczere” życzenia sukcesów i wspaniałych ciepłych świąt przy pierogu z kapustą i grzybami. Oczywiście z punktu widzenia samej firmy, to dzień stracony, od rana wszyscy już czekają na ów obowiązek i prawdę mówiąc praca nie jest w tym dniu najważniejsza. Oczywiście jest to moja osobista opinia, wiem, że gdyby nie odbyło się takie spotkanie, to pracownicy, by podnieśli głos, czemu go nie było? I tu pojawia się paradoks, jest – źle, nie ma – źle, ciężko jest uszczęśliwić ludzi, którzy sami nie wiedzą, czego chcą.

Oczywiście wszystko zależy od organizacji, kultury organizacyjnej, budżetu, średniej wieku ludzi w niej pracujących, oraz od tego, czy mamy do czynienia z centralą, czy oddziałami terenowymi. Co ciekawsze centrala zawsze ma jedno ze spotkań opisanych powyżej, oddziały po prostu dostają kasę i robią to co sami wymyślą, jak słusznie można się domyślić, oddziały są zintegrowane i dobrze się bawią, bo to oni decydują na co pójdą pieniądze, a centrala rozczarowana i w dalszym ciągu znasz co piątą twarz. A czemu po prostu nie zapytać ludzi z wykorzystaniem – anonimowej ankiety: „drodzy pracownicy, czego chcecie? Imprezy wieczornej, wigilii popołudniowej, a może każdy departament dostanie budżet i sam zdecyduje, a może zamiast imprezy bony lub kosz świąteczny i talon na balon”. Osobiście nie jestem fanem imprez firmowych, szczególnie tych dużych, ogólnofirmowych. Owszem zdarzyło się, że kiedyś byłem na fajnych imprezach ogólnofirmowych ale były one połączone z czymś jeszcze, zajęcia team-buildingowe, itd. Aktualnie, kiedy firmy tną koszty gdzie mogą, impreza firmowa ogranicza się do żarcia i open-baru, co mnie jakoś szczególnie nie bawi. Osobiście wolę imprezy lokalne, bardziej kameralne, gdzie można naprawdę poznać się nieco lepiej. No ale jeszcze tylko kilka dni i problem się skończy.

 

Chcesz mi zabrać sukces?

78HChcesz zabrać mi sukces?

Ojców sukcesu zazwyczaj jest wielu ale czy zawsze sukces oznacza to samo? W wielu korpo sukces jest ciężki do zdefiniowania, albo inaczej, sukcesem może być wszystko, o ile się to dobrze sprzeda. Wprowadziłem nowy proces, zaprojektowałem, przygotowałem, dałem do wdrożenia.. proces obowiązywał przez miesiąc i…. nic…. Oczywiście pomimo mojego nalegania, nikt nie chciał słyszeć o szkoleniach. Wyszła sucha mailowa komunikacja, której nie przeczytał prawie nikt, co jest typowe dla mailowej komunikacji w korpo. W końcu po miesiącu namów, udało się… cykl szkoleń wewnętrznych, podczas których wyszło, że nikt nie czytał komunikacji – norma, Ci zaś, którzy przeczytali i spróbowali, stwierdzili, że proces naprawdę fajny i prosty. Później szkolenie zewnętrzne dla sieci sprzedaży partnera i ustalanie kto jedzie prowadzić szkolenie. Mi, prawdę mówiąc, nie bardzo się chciało ale zostałem poproszony. Dzwonię do kolegi, celem ustalenia kwestii związanych ze szkoleniem i słyszę… najpierw ciszę, a później: „Słuchaj, mamy dwa tematy a osób do prezentacji trzy, czyli jednak jedziesz, bo chcesz zabrać mi temat i sukces tak?” trochę mnie zatkało, ale po chwili zacząłem się śmiać….. jaki kur…a… sukces? Jedziemy szkolić sieć, aby zaczęła sprzedawać, nie jechać lansować się i mówić jaki zajebisty nowy proces wprowadziliśmy, tylko przeszkolić ludzi. Skąd ta tendencja u korpoludków do ogłaszania sukcesów, w momencie, kiedy nie wiadomo, czy rzeczywiście to będzie sukces? Skąd usilna potrzeba zaznaczenia swojej obecności w najbardziej idiotyczny sposób? Ba, ludzie „normalni” widzą to, takim, jakie jest… kiedy dowiedzieli się, że ów ojciec ma przyjechać, to pierwszym pytaniem, jakie padło było: czy znów przyjeżdża chwalić się kolejnym sukcesem?

To, czy będzie to proces fajny, pokaże dopiero sieć, jeśli zacznie z niego korzystać i przekuje to na biznes. Skąd biorą się w korporacjach ludzie, którzy zamiast wziąć się do roboty, myślą jedynie o tym, aby pokazać się, w każdym projekcie i w odpowiednim momencie wystąpić z szeregu aby przyjąć gratulacje? Pal ich licho, jeśli by jeszcze spokojnie cicho siedzieli na dupach i nie przeszkadzali, a na koniec jedynie wypinając pierś do orderu. Niestety dodatkowo często wszystko komplikują, wietrzą spiski i doszukują się tajemniczego „ktosia”, który może o coś tam zapytać i na pewno ów „ktoś” będzie pytał o dziwne rzeczy, i na pewno również będzie miał coś przeciw temu projektowi/produktowi/procesowi. Ów tajemniczy „ktoś” jest oczywiście jedynie znany owemu lanserowi, więc musi mieszać w ustaleniach i niepotrzebnie włączać się do rozmów, na tematy, o których nie ma zielonego pojęcia i zwyczajnie niewiele rozumie. Jeszcze ciekawiej jest, kiedy ów ojciec sukcesu, zna jakiś produkt i za wszelką cenę chce porównywać każdy inny produkt właśnie z tym, który zna…. Nie pomagają wtedy informacje, że stara się porównywać jabłka z gruszkami i tak się nie da, bo znów z jego rękawa wyskakuje tajemniczy „ktoś”, kto na pewno o to spyta i MUSIMY, powtarzam MUSIMY porównać owe jabłka z gruszkami, bo przecież, jak tego nie zrobimy, to „ktoś” zablokuje projekt.. Cóż każda korpo ma swoich „ojców i matki sukcesu”, życzę wszystkim jedynie takich, którzy pałają żądzą odznaczeń, ale nie starają się na siłę „pomagać”, oraz chwalą się sukcesami, które naprawdę nimi są.

 

 

Projekt: nowe ulubione korposłówko

Nad specyfiką pracy w korporacji od lat pracują psycholodzy, ekonomiści, guru zarządzania, itd., co za tym idzie systematycznie pojawia się coś nowego, co ma usprawnić, ułatwić, zoptymalizować i zrewolucjonizować proces kopiuj/wklej. Ostatnimi czasy korpoświat oszalał na punkcie projektów, czego by się nie robiło, to projekt, począwszy od wdrożenia produktu, przeprowadzenia szkolenia, przygotowania materiałów marketingowych, kończąc na porannej kawie i porannej (słowo na K), wszystko jest projektem. Firmy nie szukają już sprzedawców, handlowców, key accountów, kierowników rozwoju biznesu, aktualnie na stanowiska sprzedażowe poszukują… kierowników projektu. Niestety w większości z owych korporacji zarządzanie projektami kończy się na samej nazwie stanowiska kierownika projektu, ponieważ i tak robi on dokładnie to samo, co robił 3, 4 i 7 lat temu i przez te kilka lat, zmieniała się jedynie nomenklatura. Ale jak powszechnie wiadomo, w korporacji wszystko musi być akuratne i na czasie, bo skoro wszyscy zarządzają projektami, to musimy i my! Nie możemy pokazać, że jesteśmy gorsi. Co ciekawsze, jak już organizacja wpadnie w pułapkę nazewnictwa, to brnie w nią za wszelką cenę, choćby nie miało to najmniejszego sensu, bo przecież to projekt, a jeśli projekt dodatkowo ma fajną nazwę, to nie można go odpuścić. Kilka tygodni temu, w celu optymalizacji procesu weryfikacji umów, rzucony został pomysł, w jaki sposób premiować tych doradców, którzy błędów przy zawieraniu umów popełniają najmniej… pomysł został nazwany i oczywiście potraktowany jako projekt, pod świetną nazwą „supersprzedawca”. Po krótkiej analizie okazało się, że proces weryfikacji umów, a właściwie jego ludzki czynnik w postaci osób, które sprawdzają umowy, same nagradzają doradców, którzy tych błędów robią mało i czasem zwyczajnie pozwalają im donieść coś później… co więcej ujmowanie czegoś, co funkcjonuje relacyjnie w sztywne sformalizowane ramy, powodowało, że konieczna zmiana dotykałaby całego procesu sprzedażowego, więc założenia wstępne pomysłu (projektu) trochę się rozjechały. Niestety pomysł został jednak sprzedany dalej i na tyle się spodobał Zarządowi, że nie można tak sobie po prostu odpuścić „projektu supersprzedawcy”, wszak to projekt i to projekt o super nazwie…

Czym się różni praca w formie projektów w mojej korpo, od tego, co robiliśmy wcześniej? Niczym… robimy dokładnie to samo, tylko aktualnie nazywamy to projektem. Żeby nie było, że nie wiem co to jest, że się nie znam i w ogóle… tak jakby, na projektach pracuję od wielu lat i również jestem wykształcony w tym zakresie. Chodzi jedynie o to, aby nazywać rzeczy po imieniu i pozostawić metkę projekt na coś naprawdę istotnego. W chwili obecnej na rynku każda jedna czynność jest częścią projektu, a każdy pracownik jest project managerem. Korporacje zaś tak mocno wierzą w zarządzanie projektowe, że od każdego pracownika, zaczynają wymagać, aby zdobywał odpowiednie kwalifikacje i koniecznie znał się na prowadzeniu projektów. W sumie niezły biznes dla firm szkoleniowych J

Jedyne co pewne to zmiana struktury

Jedną z ulubionych rzeczy Zarządu w korporacji jest zmiana struktury – oczywiście chodzi jedynie o polityczne rozgrywki i podział stref wpływów, choć robi się to pod płaszczykiem optymalizacji, innowacji oraz dostosowania do warunków rynkowych. W każdej korporacji, w której pracowałem struktura zmieniała się właściwie cały czas, abstrahując od jednej korporacji, gdzie Panowie z Executive Comittee wymieniali się stołkami i obszarami odpowiedzialności co pół roku. Wszelkie tego typu działania najczęściej mają na celu dogodzić przyjaciołom króliczka i ewentualnie dokopać tak zwanej opozycji, o ile istnieje. W większości korporacji z długoletnim doświadczeniem są Ci którzy mają realną władzę i to oni rozdają karty (nie zawsze jest to ten, który w KRS wpisany jest w miejscu Prezes Zarządu) oraz Ci którzy również są umocowani politycznie ale ich umocowanie nie pozwala na realną władzę ale nie pozwoli rozdającym karty na wyeliminowanie. W takiej sytuacji korporacja tkwi w pewnym zawieszeniu, w oczekiwaniu kiedy albo jedni, albo drudzy się wykrwawią, wszak bardzo często w przypadku osób o tak rozbuchanym ego, ciężko jest dojść do porozumienia. Niestety, bo taka jest prawda, wszystko odbywa się kosztem… biznesu i klientów… bo tak naprawdę prowadzi się setki niczego nie wnoszących spotkań, a projekt (modna korporacyjna nazwa) jest przecież priorytetowy i nie będziemy tracić czasu na projekty pro-biznesowe. Większość kluczowych projektów w mojej organizacji jest projektami wewnętrznymi, niezwykle kosztownymi, realizowanymi wewnętrznymi zasobami i nie mającymi nic wspólnego z rozwojem biznesu. Projekty probiznesowe rozwija się po cichu, z boku w ramach kuluarowych rozmów. Wracając do tematu struktury, zmiana struktury w korporacji to również podstawa do cięcia kosztów i pokazania, że i tak ludzie będą pracowali, chociażby im trochę zabrać. Wtedy będzie można na koniec pochwalić się, sprawnie przeprowadzoną restrukturyzacją, która stawia nas w czołówce korporacji w naszym kraju i tak optymalnej struktury, nie ma nikt, co za tym idzie, jesteśmy idealnym pracodawcą roku, nagrodzonym przez 10 czasopism. (o tym w jaki sposób załatwia się tytułu firm, managerów, pracodawców roku napiszę w innym poście) Cóż ludzie i tak będą pracować, bo część z nich zwyczajnie nie ma wyboru, nawet jeśli zdecydują się na przejście do innej korporacji, to będą robili dokładnie to samo, za taką samą stawkę, takie…. Kopiuj, wklej, kopiuj, wklej…  Część tych co wybór ma, nie podejmie go, ponieważ w ich przypadku praca w korporacji, to nic innego jak złote kajdanki, wszak ciężko jest to rzucić i zaczynać od podstaw, rezygnując z pewnego poziomu życia. Czasem jest również tak, że kogoś zwyczajnie boli, że niektórym jest zbyt dobrze i trzeba koniecznie coś zrobić, aby mieli gorzej, więc zmieńmy strukturę, opisy stanowisk i zweryfikujmy, czy aby na takich nowych stanowiskach nie zarabiają zbyt wiele. Reasumując jeśli w korporacji jest super, rynek idzie do przodu, a w zarządzie nie ma rozgrywek politycznych to struktura się rozrasta, tworzone są stanowiska dyrektorskie, kierownicze, itd. Kiedy trzeba ciąć koszty lub kogoś osłabić, to struktura się spłaszcza, zmienia się stanowiska dyrektorskie na kierownicze, kierownicze na specjalistyczne, a przyjaciele króliczka i tak mają to co chcą. Typowy klimat korporacyjny.

Wakacje od korpo

Urlop w/od korporacji

Jak powszechnie wiadomo, korpoludkom zazwyczaj ciężko wziąć urlop, szczególnie taki, który jest dłuższy niż tydzień. Dlaczego? To proste, przecież jak nas nie będzie, to świat stanie w miejscu, nie wysiedzimy odpowiednio dużo dupogodzin i cała instytucja korporacji przestanie mieć jakikolwiek sens. Przypomina mi się sytuacja sprzed kilku lat, kiedy na 3 dni przed zaplanowanym i opłaconym urlopem, nie wiedziałem, czy przełożony mi go zaakceptuje. Innym razem, moja ukochana małżonka, musiała wrócić z urlopu tydzień wcześniej, bo korporacja nie mogła bez niej żyć. No dobrze ale co się od tego czasu zmieniło?

Na co dzień jest przecież mnóstwo pracy, tysiące spotkań – ulubiony sposób marnotrawienia czasu w korpo. Swoją drogą, ciekawe ile spotkań, które odbyliście miało sens i wróciliście z nich z poczuciem dobrze przepracowanego czasu? (o tym innym razem). Bieganie od spotkania do spotkania, od prezentacji w PP do excela, od klienta zewnętrznego, do klienta wewnętrznego, od projektu do projektu.. jak ta biedna korporacja sobie bez nas poradzi, przecież jesteśmy NIEZASTĄPIENI? W pierwszym etapie funkcjonowania w korpo, jesteśmy z siebie dumni, z tego, jak dużo znaczymy dla naszej firmy. Nasz przełożony wskazuje nas, jako przykład do naśladowania, wszak jesteśmy bardzo pracowici, na każde wezwanie i nie ma dla nas nic ważniejszego, niż praca. Wydaje nam się, że pniemy się po szczeblach kariery, że świat stoi przed nami otworem… tylko jaki świat, kiedy nie mamy na niego czasu?

W drugim etapie, mamy już mniejszy zapał ale nadal uważamy (to chyba syndrom Sztokholmski), że jak wyjedziemy, to oni po prostu nie będą wiedzieli co robić, więc zabieramy pracę do domu, na wakacje, wieczorami ślęczymy przed ekranami laptopów, w ciągu dnia smartfonów, sprawdzając każdego przychodzącego maila i odpisując na niego. Nienawidzimy jej, bo nie możemy odpocząć i kochamy, bo przecież jesteśmy tacy ważni.

Trzeci etap jest już zupełnie inny… robimy co do nas należy i spierniczamy do domu, jak najdalej od roboty J. Urlop planujemy długi i prawdę mówiąc mamy gdzieś, co będzie się działo w pracy. A co się dzieje jak nas nie ma? NIC, absolutnie NIC, nikomu nie przeszkadza, że nas nie ma, świat się nie wali, firma nie notuje strat, nie dokonuje masowych zwolnień, nie dzieje się NIC. Ile byśmy spraw nie zostawili, wypchnęli przed wyjazdem od nas, aby podczas naszego urlopu, ktoś coś zrobił, pchnął do przodu temat, to nie zadzieje się NIC. Wracasz po 2-3 tygodniach urlopu i okazuje się, że żadna z rzeczy, które zostawiłeś nie została przeprocesowana, słyszysz, jedynie: „ o to już wróciłeś?” albo „dobrze, że wróciłeś, bo z tymi tematami to nic się nie działo, może byś przypomniał temu, czy tamtemu o tej sprawie?”. Dopiero na tym etapie widać, że jesteśmy jednym z malutkich elementów układanki, która wcale się nie zawali, jeśli nas nie będzie.

Reasumując, każdy, kto boi się urlopu, z myślą, że firma sobie nie poradzi, niech swe czarne myśli schowa głęboko w… kieszeń i jedzie na długi urlop, wyłączy telefon i zacznie żyć. Zajmijcie się swoim hobby, zwiedzajcie świat lub zajmijcie się rodziną i dziećmi. Nie traćcie urlopu na sprawy zawodowe, bo to strata czasu 🙂

Pozdrawiam,

Korpotata

Z życia korporacji odcinek 1

Do przygotowania proces obsługi jednych partnerów przy udziale innych partnerów, itd., itp. Czyli 3 podmioty i klient, które w jakiś sposób trzeba ze sobą połączyć. Sytuacja typowa, kiedy każdy wie lepiej i nikt nie chce przypadkiem uczestniczyć w procesie, bo to będzie oznaczało…. „zmianę!!!!” a jak wiadomo żaden departament w korporacji zmian nie lubi. Przygotowałem propozycję procesu i oczywiście trzeba ją przedyskutować na spotkaniu. Po krótkim spotkaniu, kiedy wydawało się, że wszystko zostało ustalone, następuje potwierdzenie mailowe – wszak wszystko musi być klepnięte na piśmie! To bardzo ważne, ponieważ ktoś musi być odpowiedzialny i żeby przypadkiem, nie spróbował dorzucić nam jeszcze jakiejś części procesu…

Po kilku dniach przychodzi odpowiedź: Witaj, przesyłam swoje uwagi do Twojego podsumowania, tak jak mówiłem na spotkaniu, to i tamto jest nie do zaakceptowania… bla bla bla… no kurde przecież nie przesyłam nic innego, niż to co ustaliliśmy na spotkaniu. Sytuacją równie typową jest zmiana ustalonego na spotkaniu procesu podczas, mailowego potwierdzania ustaleń.

Czasem dusza wojownika się wyłącza, aby zamknąć temat i nie dyskutować z betonami (Beton – niechętny jakimkolwiek zmianom, zmiany są złe, a my wszystko robimy najlepiej i inaczej się nie da), wszak najpierw sprowadzą nas do swojego poziomu, a później pokonają doświadczeniem, zwyczajnie naniosłem poprawki sugerowane przez beton i odesłałem „poprawioną” wersję (sam powstrzymałem się od zmian). Z doświadczenia wiem, że dobrą metodą na beton jest uruchomienie czegoś tak jak oni chcą i na żywym organizmie pokazać, że to nie działa, więc trzeba jednak zastosować moje propozycje, wtedy skłonność betonów do akceptacji jest zdecydowanie większa.

4 dni później otrzymuję kolejnego maila w bardzo asertywnym tonie, że to nie jest to o czym rozmawialiśmy i beton przesyła kolejne poprawki. Zrobiłem wielkie oczy i wybuchnąłem śmiechem.

Trochę beton się zmieszał, kiedy otrzymał wersję z rejestrowaniem zmian i informacją, że właśnie poprawił swoje poprawki i swoją wersję procesu.

Pytanie brzmi, czy korporacja zabija w nas logiczne myślenie i powoduje, że zaczynamy patrzeć na wszystko jedynie przez pryzmat ilości pracy w swoim boxie, tak jak idealna pracowniczka korporacji (https://www.youtube.com/watch?v=S6v8cqGcGaA)? Wszelkie usprawnienia i innowacje, zdecydowanie nie są mile widziane, a ja stety/niestety taką mam rolę i co gorsza pasję, że nie lubię tkwić w miejscu i lubię widzieć, jak coś się rozwija i przynosi pożądane rezultaty. Nie znoszę zaś patrzenia jedynie przez pryzmat własnego stołka. Moją wielką wadą jest to, że patrzę na firmę jako na całość i zawsze myślałem, że jak wszyscy będziemy dążyli do tego, aby firma się fajnie rozwijała, to wszyscy będziemy mieli lepiej. Po tylu latach już wiem, że tak nie jest ale nadal ciężko mi to zaakceptować.

Korpo1