Strategia: „Jakoś to będzie”

business-idea-1240825_1920

Zapewne wielu z Was zna motto międzynarodowych firm: „Avis – we try harder”, „Nokia – connecting people”, a co jeśli owym mottem jest: „Jakoś to będzie?”. Coraz częściej spotykam się z sytuacją, gdzie pod płaszczykiem międzynarodowej organizacji, działającej na wszystkich kontynentach, kryją się managerowie, którzy w ogóle nie potrafią zarządzać ryzykiem lub ich zarządzanie opiera się jedynie na jednej strategii – zostaw to, z czasem samo się rozwiąże. Takie firmy, wyznają strategię „Jakoś to będzie”. Co gorsza, managerowie, w randze SVP, managing director, etc., nie potrafią podjąć najprostszych decyzji np. W postaci obniżenia marży o 1%. Brzmi znajomo? Tak, to jest właśnie rzeczywistość, która bardzo kłóci się z tym, co wykładane jest na uniwersytetach. Chodzimy na zajęcia, wkładają nam do głów piekne historie, uczą zarządzania, ekonomii, marketingu, tylko po co? Skoro w rzeczywistości i tak wszystko na nic? Pomyślcie teraz o jeszcze jednej fajnej sytuacji, firma w końcu po wielu latach postanawia spożytkować fakt, że jest globalna i triumfalnie ogłasza, będziemy innowacyjni i teraz zaczniemy podpisywać globalne umowy. Wow, co za odkrycie i innowacyjność, dzięki temu odkryciu kilku wysokich rangą managerów awansuje na jeszcze wyższe pozycje w organizacji, wszak skoro teraz już nie jesteśmy patchworkiem, gdzie każdy kraj działa sobie i wpadliśmy na genialny pomysł współpracy na poziomie globalnym (po kilkudziesięciu latach na rynku) to trzeba nagrodzić siebie i dać sobie fajniejsze tytuły. Skoro już jesteśmy globalni, to podpiszmy globalne kontrakty! W końcu udaje się, trafia się pierwszy globalny kontrakt, kolejny sukces, kolejne awanse ale… zaraz…. coś tu jednak nie pasuje, bo tak jakby nikt nie pomyślał, jak to będzie działało lokalnie, choć nie, przecież pomyślał, bo mamy naszą strategię „jakoś to będzie”. Na pewno, jak już przyjdzie kolej Polski to uda nam się coś wymyślić…

Niestety pech chciał, że ta „cholerna” Polska idzie w pierwszej kolejności i zaczyna się odbijanie piłeczki. Żaden z tych cudownych managerów nie pomyślał o czymś takim, jak zarządzanie ryzykiem w projekcie i…. nagle znaleźli się w czarnej…. dziurze, bo nie tak to miało być. Oczywiście są metody zarządzania kryzysowego ale ponownie to nie jest ich mocną stroną, więc zaczyna się ping pong, kto podejmie decyzję. Oczywiście, nikt tej decyzji podjąć nie chce, nikt nie chce wziąć na siebie odpowiedzialności, co więcej, nie skonsulotwali lokalnie cen, więc jak wielu z Was może się domyślić, są one pod wodą. Cóż za dziwny zbieg okoliczności, jak to możliwe? Pomimo tego, że w kontrakcie globalnym zawarto pricing dla naszego cudownego kraju, bez konsultacji, to teraz ktoś musi jeszcze to zaakceptować, a nie bardzo jest komu… cóż, to takie…. normalne. Czasem mam wrażenie, że na studiach nikt nie powinien pokazywać studentom, jak to powinno wyglądać według pierwotnych założeń. Zamiast tego powinny zostać otwarte ćwiczenia w stylu „lokalne łatanie dziur w globalnym zarządzaniu”, „Jak w praktyce wygląda zarządzanie strategiczne”, „Strategia ‚jakoś to będzie’, jako najczęściej wykorzystywana strategia w korporacjach”. Niestety chciałbym, aby opisana powyżej sytuacja dotyczyła jedynie jednej z firm, które znam ale…. wiem z doświadczenia, że tak nie jest. To całkiem normalne postępowanie i w zasadzie przykre jest to, że dotyka nas to z każdej strony, zarówno, jako klientów danej organizacji, jak również, jako pracowników takiej organizacji. Bylejakość króluje w każdym obszarze i spotkasz ją w każdym miejscu, niezależnie od miejsca.. siedzenia..

Firmowy Kick-Off

Kiedyś mieliśmy do czynienia z imprezami integracyjnymi, imprezami firmowymi, teraz mamy Kick-Off’y i Bootcamp’y. Czym się różnią, w zasadzie niczym, na jednych i drugich chodzi głównie o to, aby się… sponiewierać, w oparach alkoholu wspólnie wmawiać sobie, jak świetną organizacją jesteśmy. Jednak różne organizacje podchodza do tematu w sposób różny. Są takie, które ze względu na brak funduszy wyślą ludzi na spływ kajakowy lub pod namioty, są takie, które wyślą wszystkich do Las Vegas, na event organizowany specjalnie dla tych organizacji. Są takie, które wyślą zespół na kilkudniowy wypad na Ibizę lub Kołobrzegu ale są również takie, które z okazji 25-lecia spółki zamiast eventu dadzą pracownikom po breloczku i ładnie opakowanej paczce cukierków z Biedronki (przy rekordowych wynikach finansowych za rok ubiegły). Zapomniałbym, event będzie, ale dla klientów…. Nie jestem wielkim miłośnikiem wyjazdów firmowych, co już podkreślałem, przy okazji wpisu o firmowej wigilii ale rozumiem, że niektórzy, chociaż w taki sposób, chcieliby być docenieni przez firmę. Trochę to przykre… choć nie, nie przykre… to zwykła bezmyślność, aby na 25-lecie częstować pracowników cukierkami. Moim skromnym zdaniem, pracownik winien czuć się częścią organizacji i czuć się dumny z własnej pracy, i wysiłku jaki poświęcił, aby owa organizacja mogła celebrować taką rocznicę. W tym konkretnym przypadku firma pokazała pracownikom środkowy palec, w zasadzie bez słowa wyjaśnienia. Pytanie brzmi, jak bardzo tacy pracownicy będą chcieli zatroszczyć się o klientów (wewnętrznych i zewnętrznych), kiedy organizajca o nich się nie troszczy? Wracając do tematu, wielkim fanem nie byłem i nie jestem ale punkt widzenia zależy od miejsca siedzenia. Nie bardzo chciało mi się wyjeżdżać na jedną noc pod Warszawę, aby pić wódkę z kolegami z pracy i obserwować biurowe romanse ale 3-dniowy wyjazd do dobrego hotelu w fajnym miejscu, to już zupełnie co innego. Nawet nie ceniąc zbytnio alkoholowych libacji, możliwość odpoczęcia od domu, robi swoje. Moja obecna organizacja ma tę dobrą cechę, że Kick-Off’y organizuje w naprawdę dobrych miejscach w różnych europejskich krajach, gdzie każdy znajdzie coś dla siebie. Można zarówno napić się z każdym od asystenki, po prezesa całej grupy, można nawet się sponiewierać i nikt nie będzie miał nikomu tego za złe, można pozwiedzać, ponieważ miejsce zachęca do tego, można skorzystać z pięknej plaży i złapać trochę słońca, a można również się zwyczajnie wyspać, ponieważ każdy z uczestników ma swój pokój, nie dzieląc go z chrapiącym kolegą lub imprezową koleżanką. Niewątpliwym minusem są tworzące się grupy z róznych krajów, które tworzą swego rodzaju enklawy, co nie sprzyja, aż tak mocno integracji i networkingowi, ale uprzejmości nie można nikomu odmówić. Obowiązkowym punktem programu każdego wyjazdu integracyjnego jest oczywiście set prezentacji, który może być męczący, interesujący lub może zwyczajnie nie wadzić. W poprzednich moich firmach prezentacje były najczęściej męczące, aktualnie zwyczajnie mi nie wadzą, zapewne dlatego, że tutaj nikt nie wysila się na ciężko przyswajalne tematy, wiedząc, że wyjazd ma być motywatorem dla zespołu, a nie karą, gdzie uczestnicy przez 8h siedzą na sali plenarnej z wyrzutem spoglądając na zegarek, którego wskazówki w żaden sposób nie chcą przyspieszyć ale wizja wieczornej libacji trzyma ich na miejscach i daje nadzieję. Tak sobie myślę, że ten post jest trochę dziwny, z jednej strony chciałem skupić się na temacie wyjazdów integracyjnych ale doświadczając takowego z zupełnie nowej strony, nie mogę wyzbyć się wrażenia, że tego typu eventy można jednak polubić szczególnie, kiedy się wstaję rano spoglądam przez okno i widzę coś takiego:

IMG_3196

pozdrowienia z kick-offu

Korpotata

Z życia korporacji odcinek 1

Do przygotowania proces obsługi jednych partnerów przy udziale innych partnerów, itd., itp. Czyli 3 podmioty i klient, które w jakiś sposób trzeba ze sobą połączyć. Sytuacja typowa, kiedy każdy wie lepiej i nikt nie chce przypadkiem uczestniczyć w procesie, bo to będzie oznaczało…. „zmianę!!!!” a jak wiadomo żaden departament w korporacji zmian nie lubi. Przygotowałem propozycję procesu i oczywiście trzeba ją przedyskutować na spotkaniu. Po krótkim spotkaniu, kiedy wydawało się, że wszystko zostało ustalone, następuje potwierdzenie mailowe – wszak wszystko musi być klepnięte na piśmie! To bardzo ważne, ponieważ ktoś musi być odpowiedzialny i żeby przypadkiem, nie spróbował dorzucić nam jeszcze jakiejś części procesu…

Po kilku dniach przychodzi odpowiedź: Witaj, przesyłam swoje uwagi do Twojego podsumowania, tak jak mówiłem na spotkaniu, to i tamto jest nie do zaakceptowania… bla bla bla… no kurde przecież nie przesyłam nic innego, niż to co ustaliliśmy na spotkaniu. Sytuacją równie typową jest zmiana ustalonego na spotkaniu procesu podczas, mailowego potwierdzania ustaleń.

Czasem dusza wojownika się wyłącza, aby zamknąć temat i nie dyskutować z betonami (Beton – niechętny jakimkolwiek zmianom, zmiany są złe, a my wszystko robimy najlepiej i inaczej się nie da), wszak najpierw sprowadzą nas do swojego poziomu, a później pokonają doświadczeniem, zwyczajnie naniosłem poprawki sugerowane przez beton i odesłałem „poprawioną” wersję (sam powstrzymałem się od zmian). Z doświadczenia wiem, że dobrą metodą na beton jest uruchomienie czegoś tak jak oni chcą i na żywym organizmie pokazać, że to nie działa, więc trzeba jednak zastosować moje propozycje, wtedy skłonność betonów do akceptacji jest zdecydowanie większa.

4 dni później otrzymuję kolejnego maila w bardzo asertywnym tonie, że to nie jest to o czym rozmawialiśmy i beton przesyła kolejne poprawki. Zrobiłem wielkie oczy i wybuchnąłem śmiechem.

Trochę beton się zmieszał, kiedy otrzymał wersję z rejestrowaniem zmian i informacją, że właśnie poprawił swoje poprawki i swoją wersję procesu.

Pytanie brzmi, czy korporacja zabija w nas logiczne myślenie i powoduje, że zaczynamy patrzeć na wszystko jedynie przez pryzmat ilości pracy w swoim boxie, tak jak idealna pracowniczka korporacji (https://www.youtube.com/watch?v=S6v8cqGcGaA)? Wszelkie usprawnienia i innowacje, zdecydowanie nie są mile widziane, a ja stety/niestety taką mam rolę i co gorsza pasję, że nie lubię tkwić w miejscu i lubię widzieć, jak coś się rozwija i przynosi pożądane rezultaty. Nie znoszę zaś patrzenia jedynie przez pryzmat własnego stołka. Moją wielką wadą jest to, że patrzę na firmę jako na całość i zawsze myślałem, że jak wszyscy będziemy dążyli do tego, aby firma się fajnie rozwijała, to wszyscy będziemy mieli lepiej. Po tylu latach już wiem, że tak nie jest ale nadal ciężko mi to zaakceptować.

Korpo1