Lot nad kukułczym gniazdem

KYpktkpTURBXy80YTAxNDIxMWZiNTBmZjVjMDYyM2E5NWMyZGNiZDVjNy5qcGeSlQLNAmwAwsOVAgDNAljCww.jpg

Wyobraźcie sobie taką sytuację: Spędzacie cały dzień na ważnych lub mniej ważnych spotkaniach, negocjujecie warunki kontraktu na skalę globalną, przygotowujecie 5 raportów i 3 prezentacje na zarząd, w międzyczasie wypijacie 5 kaw, ponieważ na lunch nie ma zbytnio czasu. Wychodzicie w końcu z biura i jedyne, o czym marzycie to to, aby spokojnie wrócić do domu i przy kubku gorącej herbaty spędzić resztę wieczoru wraz ze swoją ukochaną żoną/mężem oraz dziećmi. Sprawa niby prosta ale marzenia, najczęściej nieco różnią się od rzeczywistości, więc kiedy tylko wsiadacie do samochodu, okazuje się, że wyskakuje kontrolka silnika, która w wolnym tłumaczeniu nakazuje Wam od razu udać się do stacji serwisowej, a najlepiej wyłączyć silnik i wezwać assistance. Skacze Wam ciśnienie, ale nie panikujecie, nauczeni doświadczeniem obsługi sprzętu IT, pierwszą instrukcją helpdesku jest zawsze wyłączenie i ponowne włączenie użądzenia….ufff… zadziałało. Kontrolka przestała się świecić, przynajmniej na razie, choć już wiemy, że wizyta w serwisie nas nie ominie. Ale dobrze, że nie dziś… teraz tylko dojechać do domu, jest późno, więc korków być nie powinno… Niestety „być nie powinno”, nie jest równoznaczne, z tym, że nie będzie…. bo właśnie zupełnym przypadkiem padły światła na skrzyżowaniu postępu z marynarską i ciężko jest już wyjechać z garażu. Kolejne 10 minut mija nam pod biurem w miłej atmosferze rzucania „Baranów”, „Debili”, a także nieco cięższych zwrotów w kierunku pozostałych uczestników ruchu. Po 15 minutach jest już Wam wszystko jedno, podkręcacie głośniej muzykę i delektujecie się dźwiękami sączącymi się z głośników samochodowego radia. Wszystko było by ok, gdyby nie nagły telefon od Waszej drugiej połówki z pytaniem: „Gdzie jesteś?!?!, przecież miałeś już być….. mogłeś wyjść wcześniej….., itd.”. W końcu udaje Ci się przebić przez główne arterie miasta i dojechać do miejsca zamieszkania. Myślicie sobie… na reszcie… otwieracie drzwi i…. czujecie się niczym Randle McMurphy z filmu Lot nad kukułczym gniazdem. Kątem oka łapiecie, że telewizor, którego nikt nie ogląda ustawiony jest na mini mini i własnie Kot Prot startuje swoim kotoprotomobilem w nieznane. Z wieży ostro atakują Cię dźwięki „ruda tańczy jak szalona”, na środku pokoju stoi włączony odkurzacz, który obsługiwany jest przez młodego, córka rysuje na stoliku, nie, nie na kartce, dobrze napisałem, na stoliku… a na kanapie znajduje się zoo z ciastoliny. Żona w tym czasie spokojnie dopija herbatkę stojąc za kontuarem w kuchni, wydając krótkie instrukcje do obecnych. Jako nowo przybyły pacjent naszego małego oddziału zamkniętego, z początku staracie się zawalczyć o odrobinę spokoju i szybko podejmujecie określone działania. Niestety wyłączenie telewizora nie przynosi pożądanych rezultatów, skutkuje wywołaniem agresji u starszej i płaczem młodego, bo przecież oni to oglądają! Szybko szukacie ratunku u żony, lecz go nie odnajdujecie, to już nie jest Wasza żona, to siostra Mildred, która szybko przywołuje Was do porządku, aby zająć się dziećmi, a nie wprowadzać zamęt. Jeszcze tylko chwilę staracie się zapanować nad towarzystwem, po czym spokojnie dołączacie do nich, nie próbując ingerować w pewnego rodzaju status-quo, czyli plastelinę na kanapie, czy malowanie po podłodze, w końcu wszystko przecież można posprzątać, a po co, po takim dniu narażać się na dodatkowe płacze i lamenty. Powoli wieczór dobiega końca, jeszcze tylko odrobina nerwów przy kolacji i kąpieli, i w końcu możemy udać się na zasłużony odpoczynek. Tak…. to był wyjątkowo ciężki dzień dla każdego z nas.

Korpotata dla Głos Mordoru

Reklamy

Halloween, czyli naprawdę straszny długi weekend

Halloween, czyli naprawdę straszny długi weekend

Zapewne każdy z korporodziców wie, ile znaczy dla nas długi weekend. No dobrze, nie dla wszystkich. Są tacy, którzy zdecydowanie wolą być w pracy, a nie w domu. Tym razem jednak, wyjątkowo, przyjrzyjmy się takim, którzy cenią sobie domowe ognisko i czas spędzony z rodziną. Idealną okazją, by spędzić chwile z bliskimi jest oczywiście długi weekend. Każdy na niego czeka, bo wie, że będzie to kilka dni bez komputera, biurka, 8 kaw i Pana Kanapki. No dobrze,  Pan Kanapka ma swoje zalety.

W tym roku ukochane święto mordoru, czyli Halloween, przypadło w poniedziałek.

Biorąc jeden dzień urlopu, właśnie w ów poniedziałek, zyskujemy aż 4 dni wolnego!

Całą rodzinę ogarnęła wielka radość, kupiono dynie, zaplanowano posiłki, długie spacery, zaległe kupno obuwia zimowego i w ogóle same przyjemności… może nawet Ikea, to było by ukoronowanie tego cudownego czasu…!

Wszystko szło swoim torem. Podniecenie ze zbliżającego się weekendu rosło, nawet ja, zaplanowałem wieczór z kolegami przy piwie, aby w końcu odświeżyć trochę kontakty poza rodzinno-zawodowe. Kiedy tak snułem sobie wieczorne plany, podczas standardowej wizyty u lekarza, młody, nagle zaczął robić się zielony, po czym wyrzucił z siebie strumień cieczy otworem gębowym. Cóż, pomyślałem, wypierając oczywistą diagnozę, czasem tak się zdarza, nie ma co panikować, pewnie zrobiło mu się gorąco, po wejściu do przychodni. Choć podświadomie, od razu wiedziałem co się dzieje, przecież nie raz to przerabialiśmy… rotawirus. Powrót do domu odbył się w niezwykle mdłej atmosferze ale się udało, nawet bez szkód w tapicerce pojazdu, co dla faceta jest niezmiernie ważne!

Oczywistym od razu był podział obowiązków, czyli kiedy nasze pociechy mają rota, śpią ze mną, wywnętrzając się trochę na mnie, trochę na łóżko, cóż normalka… Momentalnie pojawiła się kolejna wizja, skoro on już dostał, to kto będzie następny…? po czym, prawdziwie straszna myśl, oby nie dorwało nas razem, mnie i małżonki, w tym samym czasie… minął piątek, połowa soboty i… coś zaczynamy się źle czuć, ja i żona… nie, to nie może być prawda, na pewno to tylko kwestia frytek, są ciężkostrawne, więc na pewno, nie jest to, to, o czym myślimy, a czego nazwy się nie wymawia.. Powiem Wam tak, noc była trochę zabawna, a trochę straszna, jak na Halloween przystało, bo rzadko odbywamy taką walkę o łazienkę, w zakręty wchodziłem tak, że nawet Kubica byłby ze mnie dumny. Noc minęła dość szybko, ale nie ona była najstraszniejsza, najstraszniejsza była wizja dnia następnego, bo w nocy, dzieci śpią… a w dzień…. nie. Chcecie mieć naprawdę straszne Halloween, spróbujcie opiekować się dwójką dzieciaków z 38 stopniową gorączką, to jest dopiero koszmar. Ale udało się, przeżyliśmy, dzieciaki również.. ale nie był to koniec naszej przygody, ponieważ w poniedziałek, rota upomniał się o ostatnią zdrową osobę, czyli młodą… Później, to już z górki, odkażanie całego domu, tony prania, prasowania, domestosu, itd… aż przyszła środa i po 5 dniach błogiego lenistwa, można spokojnie wrócić do korpo i atakowania targetów! Na koniec pytanie, czy można sobie wymarzyć bardziej straszne Halloween? Owszem można, dobrze, że mnie i żonę, dorwało w nocy, a co by było, gdyby dorwało nas rano? 😉

Korpotata dla Głos Mordoru

Zamiana ról

cropped-tc582o1.jpg

Przez 3 tygodnie miałem okazję poczuć się, jak Pan na włościach, przynajmniej tak mi się wydawało, lub raczej, jak korpomama na codzień. Okoliczności przyrody sprawiły, że zostałem sam, z dzieckiem i nie było to na zasadzie wzięcia urlopu, a regularna praca plus codzienna opieka. Opcję z urlopem, już przerabiałem i owszem jest ciężka, ale to nic w porównaniu z zestawem powiększonym, czyli praca + opieka nad dzieckiem i ogarnięcie domu. To co wielu z nas, facetom, wydaje się, niczym odpoczynek, lub wręcz relaks.. dopiero teraz, pomimo faktu, że nie jestem ojcem z typu, „po pracy jestem zmęczony, więc mam siłę jedynie na gazetę i TV, a w weekend mam swoje zajęcia, bo trzeba odpocząć” i naprawdę staram się angażować w obowiązki domowe, to dostrzegłem w końcu, pewną niepodważalną prawdę. Co innego dostać listę zadań do zrobienia i je wykonać, nawet po pracy, a zupełnie co innego, kiedy tę listę trzeba samemu przygotować i do tego to wszystko ogarnąć i to nie w sytuacji, kiedy siedzimy na urlopie lub L4 w domu, lecz normalnej pełnowymiarowej pracy, to naprawdę ciężkie wyzwanie. Od rana, a własciwie od nocy, bo wciąż mamy na głowie nocne pobudki, jesteś skazany na siebie. O tyle dobrze, że nie doszło do tego przeziębienie, bo wtedy to już zupełnie mało ciekawa perspektywa. Kiedy już uda Ci się dospać do rana, choć rano jest pojęciem względnym, ponieważ dla młodego rano jest zazwyczaj wcześniej, niż moje rano, przychodzi moment, kiedy lądujemy razem w łóżku i staram się złapać jeszcze kilka minut drzemki. Oczywiście jeśli ktoś potrafi spać z palcami w nosie, uszach i przy otwieranych siłą powiekach, to da radę, inaczej, może być ciężko. Dalej ubieranie młodego i siebie, oczywiście trzeba mieć co na siebie i młodego włożyć, więc pranie jest mocno pożądane. Mycie, młodego i siebie…. tak już teraz wiem, jak to jest robić „wszystko” z dzieckiem, spiesząc się do pracy. Do tego trzeba zaplanować młodemu posiłki na cały dzień i nie mówię tu o menu w stylu 1 tydzień – parkówki, 2 tydzień – jajecznica, 3 tydzień – naleśniki, choć mi oczywiście 3 tygodniowa dieta by nie zaszkodziła. Aby te posiłki przygotować trzeba jednak mieć coś w lodówce, więc zakupy również należy wykonać. Popołudnie to już bajka, spacerki, place zabaw, jeszcze trochę zakupów, kolacja, kąpanie, usypianie, sprzątanie i cały wieczór dla siebie, czyli jakieś 30 minut na mycie i golenie.

Na szczęście się udało, żyję i mam się dobrze, ale tak naprawdę, co mi to dało? Zawsze doceniałem żonę i zawsze powtarzam, że wychowywanie dzieci, to ciężka praca. Teraz jednak, zaczynam doceniać ją podwójnie lub nawet potrójnie i chylę czoła przed nią, za wszystko, co robi na co dzień. Wiem też, że przyjście do pracy, po weekendzie, można potraktować, jako odpoczynek, a i motywacja do pracy znacznie się zwiększa. Rozumiem, że obowiązki to nie tylko praca i opieka nad dzieckiem w postaci spaceru na plac zabaw. Trzeba jeszcze tego małego człowieka, nakarmić, ubrać, dzięki czemu nauczyłem się, jak obsługiwać kuchenkę i pralkę! To bardzo pomocna wiedza. W sumie, tego wszystkiego można się nauczyć, ale to co, było najważniejsze, to czas spędzony we dwójkę. Miałem okazję naprawdę aktywnie zająć się młodym. W końcu, byliśmy zdani tylko na siebie i mogliśmy robić to co chcemy, kiedy chcemy, bez dodatkowych komentarzy. To ja podejmowałem decyzje i brałem za nie odpowiedzialność, co zaprocentowało w postaci najczystszej, kiedy młody budzi się w nocy, woła: „tata”, a nie „mama”. 🙂

Korpotata dla Głos Mordoru

Urlop we dwoje

hotel-room-1261900_1920

Lato, to doskonały czas na urlop ale na taki odrobinę inny urlop, podczas którego naprawdę odpoczniecie, choćby trwał tylko 2 dni. Raz na jakiś czas, ów czas oczywiście zależy od możliwości, które w naszym przypadku są mocno ograniczone i wynoszą raz na 3 lata, rodzice powinni, a wręcz muszą, wyrwać się i spędzić trochę czasu jedynie we dwójkę, bez dzieci! Tak, wyobraźcie sobie, że rodzice, nawet Ci „korpo” potrzebują spędzić trochę czasu, sami, bez kupek, zupek, popołudniowych drzemek, pobudek w środku nocy, tak zwyczajnie, jak to dorośli bez dzieci robią. Oczywiście nie jest to sprawa prosta i wymaga odpowiedniego przygotowania, głównym elementem, bez którego takie przedsięwzięcie raczej nie może się obejść to dziadkowie. Z tym elementem oczywiście zazwyczaj jest najwięcej problemów, ponieważ nie wszyscy mają oboje dziadków, nie wszystkich dziadkowie garną się do opieki nad wnukami, nie wszyscy mają dziadków na miejscu. Ci, którzy mają dziadków, którzy garną się do opieki i są na miejscu, niech ich całują po stopach, bo to dobro rzadkie! Najczęściej trudno, aby wszystkie zmienne się spotkały. Czasem jest również tak, że zwyczajnie nie znosimy dziadków, z różnych powodów, czasem nie podobają nam się ich metody wychowawcze ale musimy pamiętać o jednym, dziadkowie są od rozpieszczania i możemy się wściekać, że nie słuchają naszych wytycznych, na pewno będą o nasze dzieci dbali, choć po powrocie możemy zastać zgraję rozkapryszonych bachorów w miejsce naszych kochanych, grzecznych i ułożonych milusińskich. Więc jeśli chcecie, a uwierzcie mi, że chcecie, wyjechać na chwilę we dwoje, pogódźcie się z tym. Kiedy w końcu przełkniecie gorzką pigułkę w postaci dziadków, pozostaje wybór miejsca. Jeśli jest to Wasza pierwsza wycieczka tego typu, to nie polecam zbyt odległych miejsc, bo nigdy nie wiadomo, co się stanie, czy mały Franio nie dostanie kataru i babcia nie wpadnie w histerię, każąc Wam od razu wracać, bo trzeba jechać do szpitala. Czasem w rolę naczelnego panikarza, może oczywiście wcielić się Wasza małżonka, więc jeśli chcecie mieć względny spokój wybierzcie miejsce w odległości 1-2h jazdy samochodem, a w skrajnych przypadkach, hotel na mieście, aby tylko wyrwać się na chwilę z domu. Kolejnym bardzo ważnym elementem składowym tej układanki jest możliwość anulowania rezerwacji, dlaczego? Przecież dobrze wiecie, że dzieci chorują… zawsze, kiedy planujecie coś ważnego, lub kiedy planujecie coś dla siebie. To złota zasada, która sprawdza się w 99% przypadków, więc jeśli możecie, przed samym wyjazdem ładujcie w dzieciaki sterydy, nie puszczajcie ich do przedszkola, szkoły, tudzież żłobka, nurofen niech wcinają na śniadanie, a witaminę C na kolację. Do tego na wszelki wypadek zakładajcie im czapkę i szalik podczas spacerów, unikając innych dzieci i dorosłych. Odrobina izolacji jeszcze nigdy nikomu nie zaszkodziła… w sumie, to po co w ogóle wychodzić z domu.

Kiedy już udało Wam się doczekać wyjazdu, pozwólcie swojej małżonce na spakowanie wszystkiego, czego tylko zapragnie, to nie jest dobry moment do kłótni o zbyt duży bagaż, na pewno tego nie pożałujecie. Weekend we dwoje, to nie jedynie uwolnienie się od swoich dzieci i chwila bez wspomnianych powyżej kupek i zupek, to powrót do przeszłości. W końcu znów możecie pobyć, rozmawiać, pić, tańczyć, spacerować, iść do kina i to wszystko tylko we dwójkę. Nie musicie martwić się o poranne wstawanie, o zbyt głośne zachowanie w nocy ;), o kaca, w tym jedynym przypadku, nie jest on waszym wrogiem, a dobrym wspomnieniem po miło spędzonym czasie. Takie chwile we dwoje pozwalają nam na budowanie porozumienia na płaszczyźnie mąż-żona, lub kobieta-mężczyzna, w zależności od Waszego stanu cywilnego, wszak ważne jest, aby Wasza partnerka/partner, w dalszym ciągu pozostał kimś ważnym, a nie jedynie współkredytobiorcą/współlokatorem, dostarczycielem środków pieniężnych, który w wolnej chwili skupia się jedynie na ekranie i nie ważne czy jest to smartfon, czy 60 calowy telewizor, bo nie macie już o czym gadać, a łączą was jedynie dzieci i kredyty. Jak dla mnie dopuszczenie do takiej sytuacji, to porażka na wielu płaszczyznach, raz jako faceta, dwa jako męża, trzy jako ojca. Ojca, ponieważ, to właśnie od nas dzieciaki uczą się, jak ma wyglądać związek pomiędzy kobietą i mężczyzną. Panie i Panowie, Matki i Ojcowie, dajcie sobie odrobinę luksusu i wytchnienia, zatrudnijcie dziadków i zbierajcie się na urlop, Wasz urlop!

Wysyłam rodzinę na wakacje….

Czekając na spotkanie w mekce orków, czyli Galmoku, zacząłem myśleć o pewnej pięknej wizji wakacyjnej, jaką mam przed sobą, czyli odpoczynek od rodziny. Dałem się namówić na pomysł żony, aby sama zabrała dzieciaki na tydzień, żebym ja będę mógł sobie odpocząć. W sumie wybór miała ograniczony, albo wyjedzie, albo zostanie w domu z dwójką, ponieważ w naszym kochanym przedszkolu, na miesiąc przed wakacjami poinformowano nas o planowanym, od dawna, dwutygodniowym remoncie i zamknięciu przedszkola na jego okres… super, wszak na pewno nikt z rodziców nie miał jeszcze zaplanowanych wakacji i tylko czekał na tę, jakże mało istotną, informację z przedszkola, aby wreszcie móc wybrać dogodny termin i zabukować wyjazd. Wróćmy jednak do tematu. Tydzień w domu, sam, bez żony, bez dzieci, tylko do pracy i do domu… toż to prawie jak dodatkowy urlop wypoczynkowy lub gwiazdka w środku lata. Jak na mój gust to zbyt piękne, żeby było prawdziwe, przeanalizujmy zatem co się za tym kryje. Chojna oferta ze strony małżonki ulega dewaluacji, z powodu przedszkola, wszak zostając w domu miałaby dwójke na głowie, dwójka w domu oznacza mocne zamieszanie, konieczność ogarnięcia dzieci i w sumie domu. Wyjazd to jednak trochę inna historia, ponieważ codziennie będzie podane do stołu i atrakcje lokalne się jakieś znajdą, jak np. Basen. Z drugiej jednak strony, kiedy wracam z pracy zawsze przejmuję rodzicielskie zadania na pozostałą część dnia, więc małżonka ma nieco łatwiej i może chwilkę od młodzieży odpocząć. Mając mieszane uczucia, ponieważ faktem jest, że w sumie, to chętnie pojechałbym z nimi, bo tak jakoś uwielbiam swoją rodzinę i spędzanie z nimi czasu sprawia mi przyjemność, zacząłem zabijać poczucie rozdarcia i snuć wizje… ileż to ja będę miał czasu dla siebie, w końcu na spokojnie pójdę pobiegać, skoczę na siłownię, spotkam się ze znajomymi, z którymi nie widziałem się wieki, obejrzę zaległe seriale i filmy, nadrobię zaległości w hiszpańskim… toż to zbyt piękne, żeby było prawdziwe i…. wiedziałem, że gdzieś czai się podstęp. Oszołomiony takimi możliwościami, postanowiłem policzyć mój wolny czas, czyli….. Muszę moich ukochanych zawieść na wakacje, jedziemy w sobotę rano, no i przecież, jak to argumentuje moja małżonka zostanę na noc, bo będę zmęczony po podróży, tak więc, wrócę w niedzielę wieczorem (w poniedziałek oczywiście do pracy na rano). Rodzinę trzeba równiez odebrać, czyli mam przyjechać w piątek wieczorem i zostać do soboty. Daje mi to realnego „odpoczynku” całe 4 popołudnia, no chyba, że w międzyczasie trafi się jakiś wyjazd całodniowy do klienta, wtedy będą 3 popołudnia. Dodatkowo im mniej czasu zostaje do owego aktu troski o mnie, tym więcej dostaję zadań do wykonania. Mam kupić i powiesić półki, przemalować ponownie dwie ściany, dokończyć wystrój balkonu, kupić parę rzeczy do domu, przewieźć kanapę na działkę… i to wszystko oczywiście pracując w regularnym wymiarze czasowym. Moja ukochana żona pewnie obawiała się, że będę się nudził i postanowiła zorganizować mi aktywny odpoczynek w tym czasie. Mam przedziwne wrażenie, że ponownie dałem się zrobić w konia 🙂

pexels-photo-58875

Pozdrawiam,

Korpotata dla Głosu Mordoru

Plac zabaw – Obrońców Tobruku

IMG_3054

To już dziś, długi weekend, czyli to co rodzice lubią najbardziej ;)… można spędzić trochę więcej czasu z naszymi pociechami i odliczać godziny do powrotu do pracy.. Przed długim weekendem chciałbym zaprezentować Wam jedną z moich, a może powinienem napisać naszych, ulubionych miejscówek, w temacie placów zabaw. Plac ogromny, zróżnicowany, gdzie każde dziecko znajdzie coś dla siebie ale… charakteryzujący się sporym obłożeniem. Nawet parkowanie może stanowić tu problem. Plac według regulaminu jest placem dla dzieci od 3 lat, ale nie sugerujcie się tym, jest tutaj miejsce zarówno dla większych dzieci, które mogą szaleć po niezliczonej ilości przyrządów, oraz miejsce dla młodszych dzieci, oddzielnie ogrodzone, gdzie rządzą Ci, którzy jeszcze nie mówią lub mówią niewiele. Plac położony jest w parku sąsiadującym z apartamentowcami, w których bardzo fajnie zorganizowana jest lokalna społeczność (np. Wspólne oglądanie meczów naszej reprezentacji podczas Euro 2016).

IMG_3051

IMG_3049

Miejsce: Obrońców Tobruku na tyłach Fortu Bema. Dojazd jest stosunkowo łatwy, można się tu dostać od ul. Prymasa Tysiąclecia lub Powstańców Śląskich. Co jest dobre, to tuż przy placu znajduje się całkiem spory parking, po którym w weekendy i tak trzeba pojeździć, aby znaleźć miejsce, ponieważ plac cieszy się ogromnym zainteresowaniem. W pobliżu znajduje się Fort Bema, centrum handlowe, a tuż przy samym placu, kawiarnia, w której można coś zjeść i wypić.

IMG_3053

Część dla tych większych:

Zabawki:

– duży wał, na który można się wspiąć, wbiec, przebiec po całym, bo wyposażony jest w liczne przejścia, zejścia, mostki, dodatkowo co kilkanaście metrów można z niego zjechać, różnymi zjeżdżalniami, jak dla mnie super!

IMG_3055

IMG_3062

– Konstrukcja do wspinania – całkiem spora, z licznymi wejściami, zejściami ale raczej dla dzieci, które już swobodnie biegają i wspinają się w różne miejsca.

IMG_3059

– Pajęczyna, czyli wspinanie się po linach, całkiem spora i dobra dla małych pająków.

IMG_3061

– huśtawki, róznego typu, od huśtającej się platformy, przez zwykłe huśtawki bez oparcia, kończąc na licznych naziemnych bujawkach, jest w czym wybierać.

– Coś dla małych komandosów, czyli jazda na linie. Rzadko spotykana atrakcja na placach zabaw, więc ciesząca się sporym powodzeniem. Dodatkowo kilka innych zabawek do wspinania i trenowania równowagi.

IMG_3074

Część dla tych średnich:

– dwie konstrukcje do wspinania się, jedna połączona z przemysłem wydobywczym, czyli przesypywanie, wciąganie i wykopywanie piasku.

IMG_3079

IMG_3082

– kopara! Obiekt pożądania każdego dziecka, można usiąść i kopać, jak w prawdziwej koparce. Czasem trzeba długo poczekać, aby móc z niej skorzystać.

IMG_3078

 

– trampoliny. Tak, to również tutaj znajdziecie, podobnie jak i małą siłownię na powietrzu.

– skałki – można się wspinać niczym na prawdziwe skały i wcale nie jest to takie proste.

Część dla najmłodszych:

IMG_3077

– huśtawki z oparciem, sztuk 2. Oczywiście każdy zdaje sobie sprawę, że tutaj naprawdę trzeba odstać swoje w kolejce, bo są jedynie dwie.

IMG_3093

– konstrukcja dla najmłodszych, gdzie jest zjeżdżalnia, małe schodki, taka, gdzie poradzą sobie nawet Ci, którzy stawiają dopiero pierwsze kroki.

– piaskownica, bardzo fajna, z kilkoma ściankami, gdzie można się skryć, jak również otworzyć niewielki geszeft z wyrobami z piasku.

IMG_3091

– bujawki i inne.

Reasumując, tutaj możemy spędzić pół dnia, a i tak dzieci nie będą się nudziły. Po zabawie można skoczyć coś zjeść lub do kina, albo na spacer po Forcie.

Co w okolicy dla dorosłych?

  1. Kawiarnia przy parkingu i wejsciu na plac zabaw.
  2. W odległości spaceru znajdziecie centrum handlowe z kinem i kilka miejsc z jedzeniem. Tak McDonalds też się znajdzie.
  3. Fort Bema – spacer w zasięgu ręki.

Udogodnienia:

  1. Parking – wjazd od ul. Obrońców Tobruku
  2. Stacja rowerów venturilo, w pobliżu.
  3. Blisko Pętli autobusowej.

Pozdrowienia,

Korpotata

Comfort zone

IMG_3236

O tym, jak ciężko wyrwać się ze strefy komfortu, doświadczyłem na własnym przykładzie, decydując się na zmianę pracy. Jeśli spędziliśmy w danej organizacji kilka lat, dokładnie się jej nauczymy, mamy zapewnione podstawowe potrzeby, czyli kasa wpływa co miesiąc, nikt się nie przypieprza i tak naprawdę, czy wykonamy naszą pracę, czy nie, każdy ma to w dupie, przychodzimy kiedy chcemy, wychodzimy podobnie, dochodzimy do momentu, kiedy nasze poczucie bezpieczeństwa dochodzi do głosu. Niestety owe poczucie bezpieczeństwa często determinuje nasze tkwienie w organizacji latami i nie chce nam pozwolić na dalszy rozwój, tak mocno cenimy sobie to uczucie, że powoli usychamy i się wypalamy. Zapominamy o tym, że w myśl piramidy potrzeb Maslowa, człowiek dążący do samorealizacji, musi mieć spełnione zarówno potrzeby podstawowe, takie jak jedzenie, sen, seks, bezpieczeństwo ale również te wyższego szczebla, jak religia, akceptacja społeczna, przynależność czy własnie samorealizacja i rozwój. Problem polega na tym, że często w ramach pracy ograniczamy się jedynie do owych potrzeb podstawowych, co za tym idzie, nie są realizowane potrzeby wyższego szczebla. Wpadamy w pewnego rodzaju błędne koło, z jednej strony czujemy, jak się wypalamy, ponieważ chcielibyśmy czegoś więcej, więcej pieniędzy, odpowiedzialności, realizowania coraz ciekawszych projektów, wyższych stanowisk, z drugiej od podjęcia wyzwania powstrzymuje nas poczucie bezpieczeństwa, bo przecież płacą, a my mamy rodzinę, małe dzieci, bo mogę wyjść w każdej chwili i nikt mi nic nie powie, a to ważne, bo przecież dzieci chorują, bo samochód firmowy jest, to co, że co roku coraz gorszy, ale jest, to co, że premie roczne również topnieją, przecież taki jest teraz rynek. Szukamy usprawiedliwień i wmawiamy sobie, że przecież mamy dobrą pracę ale w głębi duszy większość z nas oczekuje czegoś więcej. W ten sposób najszybciej dotrzemy do wypalenia zawodowego i nasz comfrotzone doprowadzi nas na kozetkę psychoterapeuty lub psychiatry ze zdiagnozowaną depresją. Strefa komfortu jest fajna i potrzebna ale jedynie w pewnym zakresie, nie można się na nią zdawać w nieskończoność. Kiedy mówicie, że macie fajną interesującą pracę ale za cholerę nie chce Wam się w niej siedzieć, kiedy macie problem, żeby rano zwlec się z łóżka i do niej pojechać, wracacie niewspółmiernie zmęczeni do wykonanej codziennej pracy, chodzicie smętni, a wasza rodzina to widzi, nie macie na nic siły, mimo, że przez pół dnia przeglądaliście internet w robocie, to oznacza, że czas na zmiany, a trzymanie się strefy komfortu za wszelką cenę, okupicie receptą na antydepresanty, aby owa chęć i pragnienie życia do Was wróciło. Nie piszę tego po przeczytaniu kilku mądrych książek i dzieleniu się wiedzą, piszę to, ponieważ tego doświadczyłem, przynajmniej częściowo, mi udało się zdążyć przed kozetką psychiatry i receptą na Xanax. Podjąłem odważną decyzję o porzuceniu mojej strefy komfortu i podjęciu ryzyka dołączenia do zupełnie innej, małej organizacji, z wysokimi oczekiwaniami względem mnie. Wyzwanie ogromne, już wiem, że łatwo nie będzie ale… no właśnie odżyłem, wracając do domu, mam siłę dla dzieci, żony, mam uśmiech na twarzy i nie snuję się po domu patrząc tępo w ekran smartfona. Pomimo faktu, że muszę więcej pracować, że muszę więcej wyjeżdżać, moja rodzina również to dostrzega i nasze relacje się poprawiają, bo oni widzą, że w końcu jestem zadowolony, a nie ciąglę zmęczony z niewiadomego powodu. Jednocześnie znam wiele bardzo doświadczonych, inteligentnych, potrafiących osób, które tkwią w miejscu, choć mogliby wiele osiągnąć, ponieważ tak im każe ich wewnętrzna strefa komfrotu.

Pozdrawiam,

Korpotata

 

Dzień Ojca

IMG_2740

Dziś mój dzień, ciekawie to brzmi, bo wyjątkowo nie są to urodziny, czy imieniny, a dzień ojca. Jak też na ojca przystało, spędziłem go w rodzinny sposób. Nie poszedłem dziś do pracy, ponieważ zachciało mi się spędzić cały dzień z młodym. Młoda jest na tyle duża, że już zapomniałem, jak to było, kiedy miała nieco ponad roczek. Jedno jest pewne, było zupełnie inaczej niż z drugim w kolejności. Pierwsze dziecko, to zawsze wielka niewiadoma i obawa rodziców, trochę nadopiekuńczości, trochę chowania pod kloszem, co zwykle kończy się delikatnym „popsuciem” 😉 pierwszego dziecka. Na każdym placu zabaw widać za to, które dziecko jest pierwszym, a które drugim dzieckiem. Pierwsze dzieci, zawsze przebywają pod bacznym nadzorem mamy lub taty (nie mówię tutaj o babciach, bo one niezależnie od ilości wnucząt, zawsze będą nadopiekuńcze, taka ich rola), nie wolno im prawie niczego, wszystko jest szybko korygowane, tutaj za wysoko, w tym Ci pomogę, tego nie rusz, tamtego nie dotykaj, bo się pobrudzisz, itd. Drugie dziecko to już czysta frajda, posiadania dzieciaków. Owszem mam świadomość, że brzmi to trochę, jakbym faworyzował drugie ale nie o to chodzi. Kocham pierwszą na równi z drugim, (choć rząd dzięki 500+ każe mi kochać drugie nieco bardziej ;)) tylko wiem, jak podchodziłem do niej kiedyś, a jak podchodzę do obojga aktualnie. Pierwsza, to było przecieranie szlaków, liczne błędy i niezrozumienie. Przy drugim cieszysz się każdą chwilą, bo wiesz, że to już nie wróci. Uczysz się radować z każdej sytuacji, wzrasta twój poziom cierpliwości i aprobaty do niekiedy bardzo szalonych pomysłów twoich dzieci. Nie biegasz po placu zabaw, za swoim dzieckiem, bo wiesz, że nie o to w tym chodzi, ono samo musi się uczyć i odkrywać świat, swoimi zmysłami, nie pomożesz mu zabraniając mu i wyręczając we wszystkim. Owszem masz go pilnować i bronić ale dajesz mu się pobawić. Wracając do tematu, dziś spędziłem cudowny dzień. Pomimo tego, że tak naprawdę nie zrobiliśmy nic niezwykłego, to był to dzień niesamowity. Niesamowite jest, że drogę dookoła bloku można pokonywać przez godzinę i w ogóle się tym nie denerwować, wręcz przeciwnie, można iść tą drogą z fascynacją tego, jak mały człowiek ją odkrywa. Skupiając się jedynie na tym, aby to młody spędził fajnie czas, pozwoliłem mu właściwie na wszystko, to on decydował, którędy pójdziemy, to on mógł robić to, na co ma ochotę. Zbierał patyki, bawił się żwirem, ganiał ptaki, przestawiał pachołki, wchodził i schodził po schodach do każdej klatki. Przy młodej tego typu spacer był mega męczący, wychodząc z domu, zawsze musiałem mieć ustalony cel i przebieg spaceru, więc wszelkie tego typu zachowania strasznie mnie męczyły i zakłócały plan! 😉 jak sobie teraz o tym pomyślę, to chce mi się śmiać. Nie ma nic fajniejszego niż spacer bez celu, spacer którego celem jest odkrywanie świata. Już wiem, że w prezencie mogę dostać pachołek i to, jak fajny powstaje dźwięk, kiedy rzucamy żwirem w drabinki, jak trudno jest podejść wronę i ile frajdy dają bańki mydlane. Fantastyczny dzień ojca! Szkoda, że nie mam cheerios, bo młody padł po całym dniu, więc mógłbym, na przekór oburzonym, wziąć udział w cheerios challenge, tak na dobre zakończenie udanego dnia ojca. Dziękuję Wam moje dzieci, za naukę tego, co jest w życiu ważne, dzięki Wam czuję się szczęśliwy.

Zawsze Perfekcyjna

2236308247_5a8b21323e_z

Idealna matka, żona, kochanka, pani domu i kobieta sukcesu, czy my mężczyźni naprawdę potrzebujemy realizowania w 100% tych wszystkich ról? Kobiety to dziwne stworzenia, większość z nich zawsze chce we wszystkim być perfekcyjnymi, niezależnie od tego, czy mówimy o karierze zawodowej, łóżku, zdrowym trybie życia, opiece nad dziećmi, zajmowaniu się domem, czy relacjach z partnerem. Zawsze idealna tylko…. Jakim kosztem? Ideał w każdym możliwym polu, jest zwyczajnie niemożliwy, ponieważ doba jest za krótka, a każdy ma określone zasoby energii do ich realizowania. Niezależnie od tego, co może się komu wydawać, bycie perfekcyjnym w każdej roli jest opcją wykluczającą się. Ktoś, kto chce być dobry we wszystkim, najczęściej nie jest dobry w niczym, co za tym idzie tak naprawdę optymalny jest kompromis. A kwintesencją tego wszystkiego jest to, co mówią same kobiety – robimy to dla Was! A czy ktoś kiedykolwiek spytał „Nas”, czego my od kobiet potrzebujemy i czego my oczekujemy? Pewnie każdy z nas ma swoje typy, w których 2 rzeczach kobieta winna być idealna, a które może sobie odpuścić. Mój wybór jest prosty, chciałbym, aby moja kobieta była dobrą matką i kochanką J z resztą sobie jakoś poradzę, jeśli nie będzie perfekcyjna. Nie potrzebuję lśniącego czystością domu, jeśli mnie stać, to poszukam pomocy w tym zakresie, jeśli nie, to z chęcią sam pomogę, o ile nikt po mnie nie będzie poprawiać… Nie potrzebuję obiadu z 2 dań i deseru codziennie po powrocie z pracy, w zasadzie nie potrzebuję również lunchu do pracy, z tym sobie również poradzę. Koszule potrafię prasować i w zasadzie prasowanie jednej zajmuje 10 minut, więc nie wymagam od żony umiejętności profesjonalnej obsługi żelazka. Nie zależy mi również, aby robiła nie wiem jaką karierę, chyba, że tak wspólnie postanowimy, dwie osoby realizujące się zawodowo, to niestety mało realny scenariusz jeśli chcemy być rodziną, a nie jedynie mieć ją na papierku i w postaci różnego typu dóbr doczesnych. Za to potrzebuję, aby moja żona miała super relacje ze mną i naszymi dziećmi. Chcę, aby sprawiało jej przyjemność przebywanie z nimi, zabawa, wspólne spędzanie czasu, chcę, aby nasze dzieci potrafiły się zachować, wiedziały co to kultura i że rodziców należy słuchać. Nie chodzi o przygotowywaniu im 3 różnych obiadów, na wypadek, gdyby pierwszy lub drugi nie przypadł dzieciakom do gustu, nie chodzi również o nowe prezenty każdego dnia w nagrodę za bycie grzecznym. Chodzi mi o radość z życia razem.

Nie zależy mi na tym, aby moja małżonka testowała co miesiąc inną dietę i z panem Dukanem, czy innymi specami od wyciągania pieniędzy. Dla mnie to nie ma znaczenia, jeśli „…nasze łóżko zapłonie jeszcze raz”. Jestem święcie przekonany, że w naszym przypadku, jeśli w łóżku będzie ok., to cała reszta nie będzie ważna.

Choć jest jeszcze jedna mała rzecz, którą chciałbym, aby miała moja kobieta. Nie musi być w niej idealna, ważne, aby sprawiała jej radość. Tą małą rzeczą jest…. Pasja… chciałbym, aby moja żona miała coś swojego, tylko swojego, co będzie ją cieszyło, w czym będzie się realizowała i co będzie stanowiło dla niej swego rodzaju ucieczkę od codzienności z nami. Chciałbym słuchać jej opowieści o tej pasji, chciałbym, aby się nią ze mną dzieliła, abym mógł ją wspierać w jej realizacji.

Pamiętajcie, ideały są nudne, bo są przewidywalne 😉

Plac zabaw nad Jeziorkiem Powsinkowskim od strony ul. Vogla

Po licznych perypetiach natury prywatnej, wracam do pisania. Wiosna zbliża się ku końcowi, pogoda dopisuje, to i place zabaw, znów stają się popularnym kierunkiem weekendowych wypraw rodziców ze swoimi pociechami. W dalszym ciągu poruszamy się w okolicach Wilanowa, ale już niedługo ruszymy w odwiedziny innych placów, które znamy i uważamy za naprawdę godne polecenia.

Zdjęcie 1

Plac zabaw, który odkryliśmy już dość dawno, co ciekawe ponownie, podczas jednej z wycieczek rowerowych. Najlepsze w nim jest to, że został ostatnio zupełnie odnowiony i przebudowany, a teren w pobliżu tego placu zabaw, może być dobrym miejscem na ciepłe letnie dni, jeśli mamy w głowie zamysł pikniku, lub grilla.

Zdjęcie 3

Plac zabaw nad jeziorkiem Powsinkowskim w Wilanowie to dobry przystanek w drodze nad lub znad Wisły dla miłośników rowerowych wycieczek, podobnie, jak ten przy ul. Gronowej. Jak powszechnie wiadomo, dziecko w foteliku nie chce siedzieć w nieskończoność, a jeśli jednym z celów do osiągnięcia jest plac zabaw, to i cierpliwość dzieciaków ulega wydłużeniu. Aktualnie mamy już dwójkę młodych amatorów placów zabaw, a ten niewątpliwie jest satysfakcjonujący dla obojga. Uprzedzam, nie spodziewajcie się dużego placu zabaw, ten jest niewielkich rozmiarów ale bardzo klimatyczny.

Miejsce: Plac zabaw znajduje się nad brzegiem Jeziorka Powsinkowskiego w odległości ok 200 metrów od ul. Vogla. Najlepiej do niego dotrzeć zjazdem ścieżką od Doliny Rybnej, smażalni, której nigdy nie widziałem otwartej. Uwaga, nie dojedziecie tutaj samochodem! Samochód najlepiej zostawcie właśnie przy Smażalni. Niewątpliwą zaletą tego miejsca jest chłód w gorące dni, choć sam plac zabaw, jest odsłonięty.

Zdjęcie 2

Nawierzchnia: Piasek 🙂 – tak po zabawie ma się go dosłownie wszędzie.

Zabawki:

Plac zabaw nie ma wydzielonej części dla dzieci starszych i młodszych ale wydaje mi się, że optymalny wiek to 1-7, starsze dzieci mogą się tu zwyczajnie nudzić. Fajna jest natomiast marynistyczna tematyka parku.

– Okręt – Dziób: jest tu wszystko do wspinaczki, można wspiąć się na niego z każdej strony, zarówno od strony mostku kapitańskiego z kołem sterowym, jak i prawej burty i od przodu. Dodatkowo można przejść pod nim lub schować się w środku, przy zabawie w chowanego.

 

– Okręt – maszt: jak wiadomo maszt z bocianim gniazdem, to to, co mali piraci lubią najbardziej. Bo, gdzie najfajniej się wspiąć i wypatrywać wrogich okrętów?

IMG_2902

– Okręt – rufa: Ma kilka zalet, raz, że można się wspinać, dwa, że można zjeżdżać ze zjeżdżalni znajdującej się na jej końcu, trzy, można się tam schować, co mój najmłodszy pirat uskutecznia za każdym razem, śmiejąc mi się w twarz, kiedy muszę się po niego wczołgać.

Pajęczyna: na żadnym placu zabaw, nie może jej zabraknąć, na tym również się znajduje i raczej skierowana jest do młodszych dzieci.

IMG_2904

Huśtawka: tutaj huśtawka jest nieco inna, bo grupowa.. może się na niej huśtać więcej niż jedno dziecko, w różnym wieku. Młodej niestety ta wersja nie przypadła do gustu, a młody…. On w ogóle nie znosi huśtawek… to niesamowite, jak różne mogą być od siebie dzieci.

IMG_2910

Piaskownica: Pomimo faktu, że piasek jest właściwie wszędzie, nawet tam, gdzie się go nie spodziewamy, jest również piaskownica. Niby mała ale ciesząca się sporym zainteresowaniem, czego ja osobiście nie rozumiem, ale nie muszę.

IMG_2907

Domek: Tuż obok piaskownicy znajduje się mały drewniany domek, który oczywiście, przy udziale wielkiej wyobraźni małych głów, szybko przeobraża się w sklep, cukiernię, miejsce do zabawy w chowanego, lub niesamowite wyzwanie w postaci: wejść, wyjść, znów wejść i znów wyjść, dla tych najmłodszych.

IMG_2909

Karuzela: Jaka karuzela jest, każdy widzi, młoda fanką karuzeli nie jest, choć czasem korzysta z jej oferty.

Zalety: fajne miejsce zarówno na krótką przerwę w trakcie rowerowych wojaży, ale również jako miejsce rodzinne oferujące nie tylko plac zabaw, ale również kawałek wody, miejsce na piknik, siłownię oraz trochę zieleni, co na Wilanowie jest rzadkością.

Uwaga: jest toaleta! Więc nie trzeba biegać w krzaki! 🙂

IMG_2886

Co w okolicy:

Miejsce na piknik oraz grilla: Sam teren nad jeziorkiem jest naprawdę fajny, często odbywamy tutaj spacery, a także przyjeżdżamy na krótki postój, w trakcie wypraw rowerowych. Z tego co widzimy, ludzie traktują to miejsce, jako ciekawą alternatywę piknikową oraz… grillową.

Siłownia na świeżym powietrzu: Tuż obok placu zabaw, znajduje się siłownia na świeżym powietrzu, co dla miłośników ruchu jest ciekawą opcją.

IMG_2913

Fresh Market: Jeśli zapomnieliście wody, ulubionego soczku, lub wasz mały potwór musi zjeść loda, nieopodal działa Fresh Market, w którym można nabyć tego typu artykuły pierwszej potrzeby.

Lake Park Wilanów: dla amatorów nieco innych wrażeń, w odległości spaceru znajduje się tor dla chcących pośmigać na desce, lub napić się chłodnego browara. Co więcej można tam również zjeść śniadanie lub inny lekki posiłek. Fajne letnie miejsce.

Pozdrawiam

KorpoTata