Comfort zone

IMG_3236

O tym, jak ciężko wyrwać się ze strefy komfortu, doświadczyłem na własnym przykładzie, decydując się na zmianę pracy. Jeśli spędziliśmy w danej organizacji kilka lat, dokładnie się jej nauczymy, mamy zapewnione podstawowe potrzeby, czyli kasa wpływa co miesiąc, nikt się nie przypieprza i tak naprawdę, czy wykonamy naszą pracę, czy nie, każdy ma to w dupie, przychodzimy kiedy chcemy, wychodzimy podobnie, dochodzimy do momentu, kiedy nasze poczucie bezpieczeństwa dochodzi do głosu. Niestety owe poczucie bezpieczeństwa często determinuje nasze tkwienie w organizacji latami i nie chce nam pozwolić na dalszy rozwój, tak mocno cenimy sobie to uczucie, że powoli usychamy i się wypalamy. Zapominamy o tym, że w myśl piramidy potrzeb Maslowa, człowiek dążący do samorealizacji, musi mieć spełnione zarówno potrzeby podstawowe, takie jak jedzenie, sen, seks, bezpieczeństwo ale również te wyższego szczebla, jak religia, akceptacja społeczna, przynależność czy własnie samorealizacja i rozwój. Problem polega na tym, że często w ramach pracy ograniczamy się jedynie do owych potrzeb podstawowych, co za tym idzie, nie są realizowane potrzeby wyższego szczebla. Wpadamy w pewnego rodzaju błędne koło, z jednej strony czujemy, jak się wypalamy, ponieważ chcielibyśmy czegoś więcej, więcej pieniędzy, odpowiedzialności, realizowania coraz ciekawszych projektów, wyższych stanowisk, z drugiej od podjęcia wyzwania powstrzymuje nas poczucie bezpieczeństwa, bo przecież płacą, a my mamy rodzinę, małe dzieci, bo mogę wyjść w każdej chwili i nikt mi nic nie powie, a to ważne, bo przecież dzieci chorują, bo samochód firmowy jest, to co, że co roku coraz gorszy, ale jest, to co, że premie roczne również topnieją, przecież taki jest teraz rynek. Szukamy usprawiedliwień i wmawiamy sobie, że przecież mamy dobrą pracę ale w głębi duszy większość z nas oczekuje czegoś więcej. W ten sposób najszybciej dotrzemy do wypalenia zawodowego i nasz comfrotzone doprowadzi nas na kozetkę psychoterapeuty lub psychiatry ze zdiagnozowaną depresją. Strefa komfortu jest fajna i potrzebna ale jedynie w pewnym zakresie, nie można się na nią zdawać w nieskończoność. Kiedy mówicie, że macie fajną interesującą pracę ale za cholerę nie chce Wam się w niej siedzieć, kiedy macie problem, żeby rano zwlec się z łóżka i do niej pojechać, wracacie niewspółmiernie zmęczeni do wykonanej codziennej pracy, chodzicie smętni, a wasza rodzina to widzi, nie macie na nic siły, mimo, że przez pół dnia przeglądaliście internet w robocie, to oznacza, że czas na zmiany, a trzymanie się strefy komfortu za wszelką cenę, okupicie receptą na antydepresanty, aby owa chęć i pragnienie życia do Was wróciło. Nie piszę tego po przeczytaniu kilku mądrych książek i dzieleniu się wiedzą, piszę to, ponieważ tego doświadczyłem, przynajmniej częściowo, mi udało się zdążyć przed kozetką psychiatry i receptą na Xanax. Podjąłem odważną decyzję o porzuceniu mojej strefy komfortu i podjęciu ryzyka dołączenia do zupełnie innej, małej organizacji, z wysokimi oczekiwaniami względem mnie. Wyzwanie ogromne, już wiem, że łatwo nie będzie ale… no właśnie odżyłem, wracając do domu, mam siłę dla dzieci, żony, mam uśmiech na twarzy i nie snuję się po domu patrząc tępo w ekran smartfona. Pomimo faktu, że muszę więcej pracować, że muszę więcej wyjeżdżać, moja rodzina również to dostrzega i nasze relacje się poprawiają, bo oni widzą, że w końcu jestem zadowolony, a nie ciąglę zmęczony z niewiadomego powodu. Jednocześnie znam wiele bardzo doświadczonych, inteligentnych, potrafiących osób, które tkwią w miejscu, choć mogliby wiele osiągnąć, ponieważ tak im każe ich wewnętrzna strefa komfrotu.

Pozdrawiam,

Korpotata

 

Reklamy

Chcesz mi zabrać sukces?

78HChcesz zabrać mi sukces?

Ojców sukcesu zazwyczaj jest wielu ale czy zawsze sukces oznacza to samo? W wielu korpo sukces jest ciężki do zdefiniowania, albo inaczej, sukcesem może być wszystko, o ile się to dobrze sprzeda. Wprowadziłem nowy proces, zaprojektowałem, przygotowałem, dałem do wdrożenia.. proces obowiązywał przez miesiąc i…. nic…. Oczywiście pomimo mojego nalegania, nikt nie chciał słyszeć o szkoleniach. Wyszła sucha mailowa komunikacja, której nie przeczytał prawie nikt, co jest typowe dla mailowej komunikacji w korpo. W końcu po miesiącu namów, udało się… cykl szkoleń wewnętrznych, podczas których wyszło, że nikt nie czytał komunikacji – norma, Ci zaś, którzy przeczytali i spróbowali, stwierdzili, że proces naprawdę fajny i prosty. Później szkolenie zewnętrzne dla sieci sprzedaży partnera i ustalanie kto jedzie prowadzić szkolenie. Mi, prawdę mówiąc, nie bardzo się chciało ale zostałem poproszony. Dzwonię do kolegi, celem ustalenia kwestii związanych ze szkoleniem i słyszę… najpierw ciszę, a później: „Słuchaj, mamy dwa tematy a osób do prezentacji trzy, czyli jednak jedziesz, bo chcesz zabrać mi temat i sukces tak?” trochę mnie zatkało, ale po chwili zacząłem się śmiać….. jaki kur…a… sukces? Jedziemy szkolić sieć, aby zaczęła sprzedawać, nie jechać lansować się i mówić jaki zajebisty nowy proces wprowadziliśmy, tylko przeszkolić ludzi. Skąd ta tendencja u korpoludków do ogłaszania sukcesów, w momencie, kiedy nie wiadomo, czy rzeczywiście to będzie sukces? Skąd usilna potrzeba zaznaczenia swojej obecności w najbardziej idiotyczny sposób? Ba, ludzie „normalni” widzą to, takim, jakie jest… kiedy dowiedzieli się, że ów ojciec ma przyjechać, to pierwszym pytaniem, jakie padło było: czy znów przyjeżdża chwalić się kolejnym sukcesem?

To, czy będzie to proces fajny, pokaże dopiero sieć, jeśli zacznie z niego korzystać i przekuje to na biznes. Skąd biorą się w korporacjach ludzie, którzy zamiast wziąć się do roboty, myślą jedynie o tym, aby pokazać się, w każdym projekcie i w odpowiednim momencie wystąpić z szeregu aby przyjąć gratulacje? Pal ich licho, jeśli by jeszcze spokojnie cicho siedzieli na dupach i nie przeszkadzali, a na koniec jedynie wypinając pierś do orderu. Niestety dodatkowo często wszystko komplikują, wietrzą spiski i doszukują się tajemniczego „ktosia”, który może o coś tam zapytać i na pewno ów „ktoś” będzie pytał o dziwne rzeczy, i na pewno również będzie miał coś przeciw temu projektowi/produktowi/procesowi. Ów tajemniczy „ktoś” jest oczywiście jedynie znany owemu lanserowi, więc musi mieszać w ustaleniach i niepotrzebnie włączać się do rozmów, na tematy, o których nie ma zielonego pojęcia i zwyczajnie niewiele rozumie. Jeszcze ciekawiej jest, kiedy ów ojciec sukcesu, zna jakiś produkt i za wszelką cenę chce porównywać każdy inny produkt właśnie z tym, który zna…. Nie pomagają wtedy informacje, że stara się porównywać jabłka z gruszkami i tak się nie da, bo znów z jego rękawa wyskakuje tajemniczy „ktoś”, kto na pewno o to spyta i MUSIMY, powtarzam MUSIMY porównać owe jabłka z gruszkami, bo przecież, jak tego nie zrobimy, to „ktoś” zablokuje projekt.. Cóż każda korpo ma swoich „ojców i matki sukcesu”, życzę wszystkim jedynie takich, którzy pałają żądzą odznaczeń, ale nie starają się na siłę „pomagać”, oraz chwalą się sukcesami, które naprawdę nimi są.