Urlop we dwoje

hotel-room-1261900_1920

Lato, to doskonały czas na urlop ale na taki odrobinę inny urlop, podczas którego naprawdę odpoczniecie, choćby trwał tylko 2 dni. Raz na jakiś czas, ów czas oczywiście zależy od możliwości, które w naszym przypadku są mocno ograniczone i wynoszą raz na 3 lata, rodzice powinni, a wręcz muszą, wyrwać się i spędzić trochę czasu jedynie we dwójkę, bez dzieci! Tak, wyobraźcie sobie, że rodzice, nawet Ci „korpo” potrzebują spędzić trochę czasu, sami, bez kupek, zupek, popołudniowych drzemek, pobudek w środku nocy, tak zwyczajnie, jak to dorośli bez dzieci robią. Oczywiście nie jest to sprawa prosta i wymaga odpowiedniego przygotowania, głównym elementem, bez którego takie przedsięwzięcie raczej nie może się obejść to dziadkowie. Z tym elementem oczywiście zazwyczaj jest najwięcej problemów, ponieważ nie wszyscy mają oboje dziadków, nie wszystkich dziadkowie garną się do opieki nad wnukami, nie wszyscy mają dziadków na miejscu. Ci, którzy mają dziadków, którzy garną się do opieki i są na miejscu, niech ich całują po stopach, bo to dobro rzadkie! Najczęściej trudno, aby wszystkie zmienne się spotkały. Czasem jest również tak, że zwyczajnie nie znosimy dziadków, z różnych powodów, czasem nie podobają nam się ich metody wychowawcze ale musimy pamiętać o jednym, dziadkowie są od rozpieszczania i możemy się wściekać, że nie słuchają naszych wytycznych, na pewno będą o nasze dzieci dbali, choć po powrocie możemy zastać zgraję rozkapryszonych bachorów w miejsce naszych kochanych, grzecznych i ułożonych milusińskich. Więc jeśli chcecie, a uwierzcie mi, że chcecie, wyjechać na chwilę we dwoje, pogódźcie się z tym. Kiedy w końcu przełkniecie gorzką pigułkę w postaci dziadków, pozostaje wybór miejsca. Jeśli jest to Wasza pierwsza wycieczka tego typu, to nie polecam zbyt odległych miejsc, bo nigdy nie wiadomo, co się stanie, czy mały Franio nie dostanie kataru i babcia nie wpadnie w histerię, każąc Wam od razu wracać, bo trzeba jechać do szpitala. Czasem w rolę naczelnego panikarza, może oczywiście wcielić się Wasza małżonka, więc jeśli chcecie mieć względny spokój wybierzcie miejsce w odległości 1-2h jazdy samochodem, a w skrajnych przypadkach, hotel na mieście, aby tylko wyrwać się na chwilę z domu. Kolejnym bardzo ważnym elementem składowym tej układanki jest możliwość anulowania rezerwacji, dlaczego? Przecież dobrze wiecie, że dzieci chorują… zawsze, kiedy planujecie coś ważnego, lub kiedy planujecie coś dla siebie. To złota zasada, która sprawdza się w 99% przypadków, więc jeśli możecie, przed samym wyjazdem ładujcie w dzieciaki sterydy, nie puszczajcie ich do przedszkola, szkoły, tudzież żłobka, nurofen niech wcinają na śniadanie, a witaminę C na kolację. Do tego na wszelki wypadek zakładajcie im czapkę i szalik podczas spacerów, unikając innych dzieci i dorosłych. Odrobina izolacji jeszcze nigdy nikomu nie zaszkodziła… w sumie, to po co w ogóle wychodzić z domu.

Kiedy już udało Wam się doczekać wyjazdu, pozwólcie swojej małżonce na spakowanie wszystkiego, czego tylko zapragnie, to nie jest dobry moment do kłótni o zbyt duży bagaż, na pewno tego nie pożałujecie. Weekend we dwoje, to nie jedynie uwolnienie się od swoich dzieci i chwila bez wspomnianych powyżej kupek i zupek, to powrót do przeszłości. W końcu znów możecie pobyć, rozmawiać, pić, tańczyć, spacerować, iść do kina i to wszystko tylko we dwójkę. Nie musicie martwić się o poranne wstawanie, o zbyt głośne zachowanie w nocy ;), o kaca, w tym jedynym przypadku, nie jest on waszym wrogiem, a dobrym wspomnieniem po miło spędzonym czasie. Takie chwile we dwoje pozwalają nam na budowanie porozumienia na płaszczyźnie mąż-żona, lub kobieta-mężczyzna, w zależności od Waszego stanu cywilnego, wszak ważne jest, aby Wasza partnerka/partner, w dalszym ciągu pozostał kimś ważnym, a nie jedynie współkredytobiorcą/współlokatorem, dostarczycielem środków pieniężnych, który w wolnej chwili skupia się jedynie na ekranie i nie ważne czy jest to smartfon, czy 60 calowy telewizor, bo nie macie już o czym gadać, a łączą was jedynie dzieci i kredyty. Jak dla mnie dopuszczenie do takiej sytuacji, to porażka na wielu płaszczyznach, raz jako faceta, dwa jako męża, trzy jako ojca. Ojca, ponieważ, to właśnie od nas dzieciaki uczą się, jak ma wyglądać związek pomiędzy kobietą i mężczyzną. Panie i Panowie, Matki i Ojcowie, dajcie sobie odrobinę luksusu i wytchnienia, zatrudnijcie dziadków i zbierajcie się na urlop, Wasz urlop!

Reklamy

Wysyłam rodzinę na wakacje….

Czekając na spotkanie w mekce orków, czyli Galmoku, zacząłem myśleć o pewnej pięknej wizji wakacyjnej, jaką mam przed sobą, czyli odpoczynek od rodziny. Dałem się namówić na pomysł żony, aby sama zabrała dzieciaki na tydzień, żebym ja będę mógł sobie odpocząć. W sumie wybór miała ograniczony, albo wyjedzie, albo zostanie w domu z dwójką, ponieważ w naszym kochanym przedszkolu, na miesiąc przed wakacjami poinformowano nas o planowanym, od dawna, dwutygodniowym remoncie i zamknięciu przedszkola na jego okres… super, wszak na pewno nikt z rodziców nie miał jeszcze zaplanowanych wakacji i tylko czekał na tę, jakże mało istotną, informację z przedszkola, aby wreszcie móc wybrać dogodny termin i zabukować wyjazd. Wróćmy jednak do tematu. Tydzień w domu, sam, bez żony, bez dzieci, tylko do pracy i do domu… toż to prawie jak dodatkowy urlop wypoczynkowy lub gwiazdka w środku lata. Jak na mój gust to zbyt piękne, żeby było prawdziwe, przeanalizujmy zatem co się za tym kryje. Chojna oferta ze strony małżonki ulega dewaluacji, z powodu przedszkola, wszak zostając w domu miałaby dwójke na głowie, dwójka w domu oznacza mocne zamieszanie, konieczność ogarnięcia dzieci i w sumie domu. Wyjazd to jednak trochę inna historia, ponieważ codziennie będzie podane do stołu i atrakcje lokalne się jakieś znajdą, jak np. Basen. Z drugiej jednak strony, kiedy wracam z pracy zawsze przejmuję rodzicielskie zadania na pozostałą część dnia, więc małżonka ma nieco łatwiej i może chwilkę od młodzieży odpocząć. Mając mieszane uczucia, ponieważ faktem jest, że w sumie, to chętnie pojechałbym z nimi, bo tak jakoś uwielbiam swoją rodzinę i spędzanie z nimi czasu sprawia mi przyjemność, zacząłem zabijać poczucie rozdarcia i snuć wizje… ileż to ja będę miał czasu dla siebie, w końcu na spokojnie pójdę pobiegać, skoczę na siłownię, spotkam się ze znajomymi, z którymi nie widziałem się wieki, obejrzę zaległe seriale i filmy, nadrobię zaległości w hiszpańskim… toż to zbyt piękne, żeby było prawdziwe i…. wiedziałem, że gdzieś czai się podstęp. Oszołomiony takimi możliwościami, postanowiłem policzyć mój wolny czas, czyli….. Muszę moich ukochanych zawieść na wakacje, jedziemy w sobotę rano, no i przecież, jak to argumentuje moja małżonka zostanę na noc, bo będę zmęczony po podróży, tak więc, wrócę w niedzielę wieczorem (w poniedziałek oczywiście do pracy na rano). Rodzinę trzeba równiez odebrać, czyli mam przyjechać w piątek wieczorem i zostać do soboty. Daje mi to realnego „odpoczynku” całe 4 popołudnia, no chyba, że w międzyczasie trafi się jakiś wyjazd całodniowy do klienta, wtedy będą 3 popołudnia. Dodatkowo im mniej czasu zostaje do owego aktu troski o mnie, tym więcej dostaję zadań do wykonania. Mam kupić i powiesić półki, przemalować ponownie dwie ściany, dokończyć wystrój balkonu, kupić parę rzeczy do domu, przewieźć kanapę na działkę… i to wszystko oczywiście pracując w regularnym wymiarze czasowym. Moja ukochana żona pewnie obawiała się, że będę się nudził i postanowiła zorganizować mi aktywny odpoczynek w tym czasie. Mam przedziwne wrażenie, że ponownie dałem się zrobić w konia 🙂

pexels-photo-58875

Pozdrawiam,

Korpotata dla Głosu Mordoru

Urlop z rodziną – czasem nie jest tak miło

Faktem jest, że chwilę mnie nie było, ponieważ pojechałem na…. urlop…. Wiele osób czeka na ów urlop, jak na zbawienie ale jest również inna grupa, która mówi, że absolutnie na urlop jechać nie chce… dziwne? Niekoniecznie. Przymierzając się do wpisu odnośnie urlopu z dziećmi, sam byłem przed urlopem, chciałem więc napisać, jakie to dziwne i jak wystarczy odrobina chęci, aby cieszyć się urlopem z rodziną, mieć czas na budowanie bliskich relacji, w końcu spędzenie czasu wspólnie, z dala od domu, pracy i obowiązków. Wydawało mi się, że można przecież podzielić ten czas na: dzień, który spędzamy z dzieciakami i wieczór, który spędzamy z naszą drugą połówką. Powiem wprost: myliłem się. Po dwóch tygodniach urlopu jestem… zmęczony i wcale nie było tak pięknie, jak mi się wydawało. Owszem spędziłem czas z rodziną, zbliżyliśmy się do siebie ale ta druga część spędzania wieczorów z żoną, nie wyszła do końca. Z czego to wynika? To wbrew pozorom dość proste… to co dla mnie jest urlopem, czyli wyrwanie się z pracy, spędzanie czasu z dziećmi, w ogóle nie jest urlopem dla mojej żony. Dlaczego? To również dość proste i oczywiste, moja żona jest na urlopie macierzyńskim, czyli ma te dzieci cały czas, ma swój rytm dnia, dzieciaki również mają swój rytm dnia i nagle trzeba się spakować, przygotować do wyjazdu, zabrać wszystko (dosłownie wszystko – coś jakby przenieść dom w inne miejsce) i pojechać 600 km, aby… odpocząć. Odpocząć od czego? Dla mnie wiadomo, od pracy, a dla niej? Hmm… przecież ona jest z dziećmi cały czas, to jak ona ma odpocząć, skoro przenosi się z jednego miejsca, gdzie wszystko zna, w inne, gdzie nie zna niczego, a i tak ma te dzieci niemalże cały czas, więc dalej są dzieciaki, od których odpocząć nie może, pojawiają się dodatkowe czynniki wybijające z rytmu dnia, a i obowiązków związanych z wyjazdem jest niemało. Co więcej, kończy się urlop i wraca do domu, gdzie znów czekają na nią dzieciaki i rytm dnia, który trzeba na nowo ułożyć i kupa dodatkowych obowiązków związanych z powrotem z urlopu. Od razu uprzedzę, żeby nie było, tak, ja również jestem zaangażowany obowiązki związane z wyjazdem i opiekę nad dziećmi ale nie o tym tu mowa. Z mojej perspektywy taki wyjazd jest ok. owszem mam sporo obowiązków związanych z wyjazdem, z dziećmi ale fakt, że coś się zmienia w moim życiu, mam w końcu więcej czasu na zabawy z dziećmi i wyjazd z żoną, możemy w końcu pobyć wszyscy razem, wynagradza mi owe obowiązki. Z perspektywy mojej żony, taki urlop jest…. Koszmarem i wcale jej się nie dziwię. Z jednej strony fakt, można by było to poukładać lepiej i może w planowaniu tkwił nasz błąd ale czy na pewno. Może powinienem wziąć urlop wcześniej i bardziej zaangażować się w pakowanie, może powinniśmy wybrać inne miejsce, bliżej domu, żeby nie jechać tam przez 8h, może powinniśmy wybrać inny hotel, gdzie priorytetem nie jest niemiecki emeryt z zasobnym portfelem, może w końcu powinienem zabierać dzieciaki na cały dzień i spędzać z nimi czas dając odpocząć żonie? Owszem ale w takiej sytuacji urlop musiałby trwać znacznie dłużej, musielibyśmy jeździć ciągle w to samo sprawdzone miejsce i gdzie byłby czas na spędzanie go wspólnie, skoro ja ganiałbym z dziećmi, żeby żona odpoczęła? Nie ganianie z dzieciakami mi nie przeszkadza ale moje ganianie całodniowe na urlopie z dzieciakami, mojej żonie trochę tak, bo przecież chciałaby również spędzić ten urlop z nami. Sytuacja zapewne zmienia się diametralnie, kiedy dzieciaki są starsze, chodzą do przedszkoli/szkół oboje pracujemy zawodowo lub mamy inne zajęcia w ciągu dnia, wtedy taki urlop, rzeczywiście obojgu nam daje oderwanie się od codzienności i spędzanie wspólnego czasu ale w sytuacji, kiedy jedno z rodziców spędza cały czas w domu z dzieciakami, taki urlop będzie dla niego jedynie udręką i dodatkowym obowiązkiem. Owszem wyjściem może być oddzielne spędzanie urlopu, ja jadę z dzieciakami sam, żona z koleżankami, później na odwrót  ale nie o to nam chodziło, bo fajnie jest spędzić ten urlop razem, rodzinnie. Pech chciał, że tym razem po urlopie dzieciaki się rozchorowały, co również nie wpłynęło dobrze na pozytywny odbiór wakacji. Za rok kolejne wakacje, ciekawe czy zdecydujemy się na nie, a jeśli tak, to czy uda nam się podejść lepiej do jego planowania i nie popełnimy tych samych błędów.  Na pewno jedno się zmieni… dzieciaki będą starsze…

Co nas nie zabije…. 🙂

Ps. teraz już wiem, że spędzanie urlopu z jednym niemowlakiem, a niemowlakiem i przedszkolakiem jednocześnie to zupełnie co innego 🙂

IMG_2292

Wymażone wakacje – znienawidzone pakowanie

Urlop… w końcu, na reszcie! Nie ma nic bardziej wyczekiwanego w ciągu roku, niż urlop. Przez pół roku żyjemy z nadzieją, że zbliża się urlop najpierw wakacyjny, później zimowy lub na odwrót. Wszystko byłoby niemalże idealne, gdyby nie… pakowanie. Powiem wprost, nie znoszę, nienawidzę, mam ochotę się pochlastać, jak pomyślę o pakowaniu na wakacje. Zawsze na miesiąc przed wyjazdem jest zapewnianie, że tym razem zrobimy listę i spakujemy się szybko, bezproblemowo, nie potrzebujemy dużo rzeczy i weźmiemy tylko trzy walizki, wyjedziemy z samego rana i na pewno będzie super. Jeśli ktokolwiek z Was wierzy w tego typu zapewnienia, to albo jest naiwny, albo nigdy nie pakował się wcześniej z żoną i dwójką dzieciaków. Zawsze wygląda to dokładnie tak samo i po prostu bądźcie na to przygotowani. Lista rzeczy, to tak naprawdę pakowanie się ostatniego dnia przed wyjazdem lub w dniu wyjazdu, zapominając połowę rzeczy, które mieliśmy wziąć. 3 (słownie TRZY) walizki to tak naprawdę 6 toreb różnych rozmiarów, do tego namiocik, leżaczek i kilka dodatkowych torebek z różnymi nikomu nie potrzebnymi rzeczami. Często zadaję sobie pytanie, jak to jest, że ja pakuję się w jedną torbę, do której żona dorzuca swoje kosmetyki (chyba wiecie, co przez to rozumiem – pakuję się w pół torby), mam odzież na cały wyjazd, zaś dzieciaki i żona mają odzież, z której wiele i tak wraca czyste, a nie mają co na siebie włożyć? Ale to pytanie niech pozostanie w kręgu pytań bez odpowiedzi, czasem lepiej kierować się zasadą, mniej wiesz, dłużej żyjesz. Sama ilość bagaży i jak to upchnąć do samochodu lub walizek, jeśli lecimy samolotem, to nie jedyne zmartwienie. Gorzej jest z tym co się dzieje podczas pakowania, ogólny stan nerwowości, atmosfera tak gęsta, że można ją ciąć nożem oraz liczne sytuacje, kiedy jedna, druga a nawet trzecia i czwarta osoba na przemian mówią: „Ja nigdzie nie jadę, jak chcecie, jedźcie sobie sami” i tak to trwa kilka ładnych godzin, po czym wszyscy wyczerpani, ze sporym opóźnieniem, z marsowymi minami wsiadamy do samochodu, aby kolejnych kilka godzin spędzić w drodze na wymarzony urlop. Czy aby na pewno wymarzony? O tym innym razem…

Pozdrawiam urlopowiczów…

Wakacje od korpo

Urlop w/od korporacji

Jak powszechnie wiadomo, korpoludkom zazwyczaj ciężko wziąć urlop, szczególnie taki, który jest dłuższy niż tydzień. Dlaczego? To proste, przecież jak nas nie będzie, to świat stanie w miejscu, nie wysiedzimy odpowiednio dużo dupogodzin i cała instytucja korporacji przestanie mieć jakikolwiek sens. Przypomina mi się sytuacja sprzed kilku lat, kiedy na 3 dni przed zaplanowanym i opłaconym urlopem, nie wiedziałem, czy przełożony mi go zaakceptuje. Innym razem, moja ukochana małżonka, musiała wrócić z urlopu tydzień wcześniej, bo korporacja nie mogła bez niej żyć. No dobrze ale co się od tego czasu zmieniło?

Na co dzień jest przecież mnóstwo pracy, tysiące spotkań – ulubiony sposób marnotrawienia czasu w korpo. Swoją drogą, ciekawe ile spotkań, które odbyliście miało sens i wróciliście z nich z poczuciem dobrze przepracowanego czasu? (o tym innym razem). Bieganie od spotkania do spotkania, od prezentacji w PP do excela, od klienta zewnętrznego, do klienta wewnętrznego, od projektu do projektu.. jak ta biedna korporacja sobie bez nas poradzi, przecież jesteśmy NIEZASTĄPIENI? W pierwszym etapie funkcjonowania w korpo, jesteśmy z siebie dumni, z tego, jak dużo znaczymy dla naszej firmy. Nasz przełożony wskazuje nas, jako przykład do naśladowania, wszak jesteśmy bardzo pracowici, na każde wezwanie i nie ma dla nas nic ważniejszego, niż praca. Wydaje nam się, że pniemy się po szczeblach kariery, że świat stoi przed nami otworem… tylko jaki świat, kiedy nie mamy na niego czasu?

W drugim etapie, mamy już mniejszy zapał ale nadal uważamy (to chyba syndrom Sztokholmski), że jak wyjedziemy, to oni po prostu nie będą wiedzieli co robić, więc zabieramy pracę do domu, na wakacje, wieczorami ślęczymy przed ekranami laptopów, w ciągu dnia smartfonów, sprawdzając każdego przychodzącego maila i odpisując na niego. Nienawidzimy jej, bo nie możemy odpocząć i kochamy, bo przecież jesteśmy tacy ważni.

Trzeci etap jest już zupełnie inny… robimy co do nas należy i spierniczamy do domu, jak najdalej od roboty J. Urlop planujemy długi i prawdę mówiąc mamy gdzieś, co będzie się działo w pracy. A co się dzieje jak nas nie ma? NIC, absolutnie NIC, nikomu nie przeszkadza, że nas nie ma, świat się nie wali, firma nie notuje strat, nie dokonuje masowych zwolnień, nie dzieje się NIC. Ile byśmy spraw nie zostawili, wypchnęli przed wyjazdem od nas, aby podczas naszego urlopu, ktoś coś zrobił, pchnął do przodu temat, to nie zadzieje się NIC. Wracasz po 2-3 tygodniach urlopu i okazuje się, że żadna z rzeczy, które zostawiłeś nie została przeprocesowana, słyszysz, jedynie: „ o to już wróciłeś?” albo „dobrze, że wróciłeś, bo z tymi tematami to nic się nie działo, może byś przypomniał temu, czy tamtemu o tej sprawie?”. Dopiero na tym etapie widać, że jesteśmy jednym z malutkich elementów układanki, która wcale się nie zawali, jeśli nas nie będzie.

Reasumując, każdy, kto boi się urlopu, z myślą, że firma sobie nie poradzi, niech swe czarne myśli schowa głęboko w… kieszeń i jedzie na długi urlop, wyłączy telefon i zacznie żyć. Zajmijcie się swoim hobby, zwiedzajcie świat lub zajmijcie się rodziną i dziećmi. Nie traćcie urlopu na sprawy zawodowe, bo to strata czasu 🙂

Pozdrawiam,

Korpotata

Wybór wakacji – co rok to samo

wakacje 3

Wybór wakacji z założenia powinien kojarzyć się z przyjemną sytuacją, gdzie wraz z małżonką i radosnymi, podekscytowanymi pociechami, wybieracie się do biura podróży lub zasiadacie przed ekranem komputera i przebieracie pośród setki tysięcy ofert, a problemem jest jedynie na co się zdecydować… Może u niektórych tak to wygląda, w sytuacji, kiedy dysponujesz nieskończonym budżetem i cena nie gra roli jesteś w stanie wybrać na co tylko masz ochotę… choć… nie, chyba się pospieszyłem… wszak wtedy na pewno Ty lubisz wędkować w orzeźwiającym klimacie skandynawskim, podczas kiedy Twoja małżonka, chce się smażyć na plażach Miami, dzieci natomiast chcą jechać do Disneylandu. Rozwiązanie wtedy wydaje się banalne – każdy jedzie gdzie chce, Ty z kolegami wędkujesz w Norwegii, żona leży plackiem w Miami, a dzieci z opiekunką/babcią lecą do Disneylandu… biada Ci, jeśli jednak chcesz spędzić urlop rodzinnie tak, jak my.. więc wróćmy na chwilę do naszej, opisanej powyżej sytuacji.. Niestety nie należymy (małżonka nie należy, a skoro ona nie należy to i ja nie należę – parafrazując Julesa z Pulp Fiction) do grona zapalonych podróżników wybierających zagraniczne wojaże z kilkumiesięcznym maluchem, więc wybór padł na… polskie morze! Nasze piękne morze, zawsze to miło, znów je odwiedzić i mikroklimat sprzyjający zdrowiu maluchów, a do tego pewnie uda się coś zaoszczędzić, skoro nie lecimy, a jedziemy, do tego jedynie na tydzień w czerwcu, bo dwu tygodniowy wypoczynek czeka nas we wrzesień (jakoś nie przepadam za tłumami w okresie lipiec-sierpień nad Bałtykiem…) Oczywiście atrakcje musimy mieć takie, jak w Tureckich hotelach na odludziu, bo jak zacznie padać, co nad naszym morzem nie jest czymś niezwykłym, to przecież dziecię musi się czymś zająć, a nie jedziemy na urlop po to, aby wysilać nasze wymęczone mózgi w poszukiwaniu coraz to ciekawszych rozrywek dla naszej starszej pociechy. Wyżywienie, hmm.. z jednej strony dobrze mieć wszystko na miejscu ale „przecież trzeba zjeść coś na spacerze, lokalnej knajpie itd.”, więc trzeba też gdzieś wyjść poza hotel, żeby się przejść… Gnieździć się w jednym pokoju z młodą i młodym… marny to odpoczynek, więc obowiązkowo 2 pokoje.. niestety jedynie nieliczne hotele mają je w swojej ofercie, a te które mają… zwą je apartamentami.. Basen… basen musi być, bez dwóch zdań, bo młoda bez basenu nie funkcjonuje… (znając życie, to będzie chora, więc i tak z niego nie skorzysta) i musi być blisko do plaży.. bo przecież jak nad morzem, to przy plaży.. zaczynamy składać nasze wymagania w całość i… szukamy… szukamy… jest udaje się znaleźć kilka hoteli nad morzem prawie spełniających owe kryteria, bo oczywiście poza sezonem (środek czerwca, to ogólnie ciężko znaleźć hotel oferujący taki wypoczynek) ale… no właśnie jak kiedyś luksusem były zagraniczne wojaże do Turcji i Egiptu, tak teraz luksusem jest wyjazd nad nasze morze, ponieważ przy wybranej konfiguracji cena wynosi tyle ile 2 tygodniowe wczasy z przelotem w 5 gwiazdkowym hotelu z Aquaparkiem w Turcji, Grecji czy Kanarach. Niewiele wciąż jest w Polsce miejsc, gdzie można pojechać z dziećmi, nie martwić się o spokojny sen w oddzielnym pokoju, a liczba atrakcji na miejscu, nie zmusi nas do wytężania umysłów i panicznych pytań w stylu: „Pada – co robimy?”. Co roku przerabiamy ten sam temat, co roku w końcu udaje nam się po wielu walkach znaleźć coś interesującego ale nigdy, nie spełnia wszystkich kryteriów. Wybór wakacji, to jednak sztuka kompromisu i nauka cierpliwości. Najgorsze jest to, że nawet jak już znajdziemy coś, co jest w sumie fajne, to za rok pada pytanie: „ale znów w to samo miejsce?” Pozdrowienia KorpoTataWakacje 1